
Herminia Naglerowa, NAC
Kazachstańskie noce
Pierwszy utwór z tej części nosi tytuł „Cięciwa”. Przedstawia cywilny transport ewakuacyjny, zatrzymany gdzieś w polu 15 września 1939 r. w okolicach kresowego Zdołbunowa. Czas oczekiwania wydłuża się, pierwszeństwo przejazdu mają ważne transporty wojskowe.
Stale zagrażały podróżnym bombowce niemieckie, atakujące pociągi pełne cywilów. Zdarzenia przedstawione w utworze rozgrywają się w ciągu kilkunastu minut, a najważniejsze w ciągu kilkudziesięciu sekund. Siedemnastoletni chłopiec stał mimo ustawicznego zagrożenia przed wagonem, by z ciekawością oglądać niebo. Panował pozorny spokój. Rozmawiał ze stojącą w drzwiach wagonu pełną obaw matką. Przeleciał niespodziewanie samolot rozpoznawczy, sądzono krótko, że był to polski. Niespodziewanie pojawiły się bombowce niemieckie. Zaatakowały transport. Odłamki eksplodującej w pobliżu bomby dosięgły chłopca. Od razu zginął. Rozpaczała matka, zbierająca przed wagonem resztki ciała swego syna. W tym czasie transport miał już wyruszyć w dalszą drogę. Matka zażądała od oficera, miejscowego dowódcy, by zapewnił godny pochówek krwawym strzępom jej dziecka. „Głosem pełnym i twardym wydawała te zarządzenia. Niemal rozkazywała. Jej twarz ciągle jeszcze pałała gniewem. Pomyślałam wtedy, że miedzy strachem a gniewem napięła się cięciwa, która drży z niecierpliwością, aby co prędzej przyłożyć do niej mściwą strzałę”.
Bohaterem następnego utworu „Wilczur” jest pies policyjny, przywiązany do swego przewodnika i pana. Akcja rozgrywa się w jakimś niewielkim mieście kresowym w drugiej połowie września lub na początku października 1939 r. Sowieci wywozili grupami na wschód żołnierzy i policjantów polskich zagarniętych zdradziecko w czasie kampanii wrześniowej. Przetrzymywali ich przejściowo w miejscowym więzieniu.
Mieszkańcy usiłowali przyjść rodakom z pomocą. Przynosili im chleb czy inne produkty żywnościowe. Podjęte próby okazywały się jednak daremne. Konwojenci sowieccy byli nieustępliwi. Odpędzali brutalnie zatroskanych mieszkańców.
Wspomniany wilczur też przychodził na skwer w centrum miasta. Czekał cierpliwie na powrót swego pana, którego widział po raz ostatni gdzieś w pobliżu. Przeżył chwilę radości, gdy wygrzebał z ziemi nieopodal skweru kawałek policyjnego munduru. Pan jednak nie nadchodził. Pies pozostał wierny. Po jakimś czasie przebywał na skwerze dzień i noc. Był coraz słabszy z powodu pragnienia i głodu. Dochowywał wierności, wciąż czekał, nawet wtedy, gdy nie miał już sił, by podnieść się i stanąć na swych łapach. W końcu zabrali go i zastrzelili żołnierze sowieccy, co też było bolesnym przeżyciem dla mieszkańców.
Akcja utworu „Śledztwo” rozgrywa się już we Lwowie w więzieniu zamarstynowskim. Jej właściwym miejscem jest pokój enkawudzisty, „sędziego śledczego”, a bieg zdarzeń ukazuje przebieg przesłuchania. Bohaterką utworu jest Polka w średnim wieku, zapewne niedawno aresztowana.
Enkawudzista zarzuca jej, że współpracowała z polskimi organizacjami poziemnymi, powstającymi we Lwowie już od jesieni 1939 r. Żąda przyznania się do winy i złożenia odpowiednich wyjaśnień.
Więźniarka wszystkiemu zaprzeczyła. Trwała w swej postawie również wtedy, gdy nastąpiła konfrontacja z polskim działaczem konspiracyjnym, który w wyniku tortur udzielił enkawudzistom wszelkich informacji, potwierdził wszystkie ich zarzuty. Narastała brutalność przesłuchania. Wkroczyli do akcji dwaj enkawudziści wyspecjalizowani w więzieniu zamarstynowskim w biciu kobiet. Długo pastwili się nad swą ofiarą. Tortury nie przyniosły rezultatu. Trzeba je było przerwać wskutek zasłabnięcia bitej kobiety. Odniesiono ją do celi. Zamknął bieg zdarzeń atak wściekłości i wyzwiska śledczego, który nie uzyskał w toku przesłuchania potrzebnych mu informacji.
Utwór „Obłęd i polityka” to opowieść o jeszcze jednej formie represji. Trapił wszystkich aresztowanych brak wiadomości o tym, co dzieje się na świecie. Nie mieli dostępu nawet do sowieckich środków przekazu. Enkawudziści w więzieniu zamarstynowskim twierdzili, że po upadku Francji również Wielka Brytania skapitulowała w walce przeciw Niemcom hitlerowskim. Wojna się zatem skończyła.
Wkrótce (późną jesienią 1940?) kolejną grupę więźniarek wywieziono za Lwowa na wschód. Była wśród nich narratorka występująca w tym utworze. Po długiej podróży koleją prowadzono deportowane kobiety szpetnymi ulicami jakiegoś prowincjonalnego miasta do więzienia etapowego. W okresie przejściowego pobytu w tym obiekcie wywołano bohaterkę na przesłuchanie. Zadano jej podobne pytania, jakie kierowano do niej w więzieniu zamarstynowskim. Tak samo jak we Lwowie, narratorka nie udzieliła żadnych informacji, nie potwierdziła stawianych zarzutów. Tym razem nie stosowano jednak tortur. Ośmielona tym Polka zapytała śledczego, czy to prawda, że Wielka Brytania skapitulowała w wojnie z Niemcami i zapanował na świecie pokój. Otrzymała obłędną odpowiedź śledczego, iż zapanuje na świecie prawdziwy pokój tylko wtedy, gdy ideologia bolszewicka ogarnie wszystkie kraje i tym samym upadną ostatnie państwa kapitalistyczne. Długo trwały jeszcze te obłędne wywody, Więźniarka słuchała ich cierpliwie.
Dzięki chwilowej nieuwadze „sędziego” udało jej się przeczytać tytuły w przyniesionej przez niego gazecie. Sygnalizowały one niezbicie, że właśnie teraz, pod koniec 1940 r. wojna nadal trwa, Wielka Brytania stawia skuteczny opór III Rzeszy. Nie odniosła ona trwałego zwycięstwa. Tę właśnie wiadomość przekazała bohaterka towarzyszkom niedoli w celi. Wielka Brytania nadal walczy, a więc nadal istnieje wolny świat, jest nadzieja, że państwa demokratyczne odniosą kiedyś zwycięstwo. Ta wiadomość mocno pokrzepiła represjonowane kobiety, Polki i Ukrainki. Bieg wydarzeń politycznych przekreślił obłęd, narzucany przez Sowietów.
Utwór „Dunia” przedstawia relacje między więźniarkami. Akcja rozgrywa się w kolejnym więzieniu etapowym. Postać tytułowa – to prawdopodobnie Rosjanka, kobieta wysokiego wzrostu i nadzwyczajnej sile fizycznej. Jest niewykształcona, prymitywna, zachłanna. Pasła niegdyś bydło kołchozowe gdzieś na stepie. Wyszła jednak za mąż, urodziła dziecko.
Za jakieś urojone winy enkawudziści zamordowali jej męża. Dunię skazano na 25 lat pobytu w łagrze, a jej synka osadzono w domu wychowawczym.
Dunia dzięki swej nadzwyczajnej sile terroryzowała wszystkie współtowarzyszki niedoli w celi. Odbierała im skąpe racje żywnościowe, zwłaszcza jakże cenny chleb. Wyznaczyła sobie najlepsze miejsce do spania i na codzienne legowisko. Straszliwą nienawiść budziły w niej kobiety inteligentne, wykształcone, zwłaszcza Polki. Czasami bywała dla niektórych posłusznych więźniarek łaskawa.
Pod wpływem powracającej tęsknoty za synkiem wykrzyczała jakieś oskarżenia godzące w Stalina i Konstytucję ZSRR. Ktoś doniósł o tym strażnikom. Enkawudziści wywołali ją na przesłuchanie. Trwało ono długo. Powróciła do celi sina, pokrwawiona, prawie bezładna. Wtedy właśnie uścisnęła jedną z więźniarek, którą poprzednio traktowała z nienawiścią. Gest został odwzajemniony. Stały się przyjaciółkami. Kolejne zderzenie z okrucieństwem bolszewickim sprawiło, że wbrew niemu narodziła się miłość, solidarność. Postać tytułowa po prostu odkryła człowieczeństwo.
Następny utwór, „Chaplin w łagrze”, ukazuje przeżycia narratorki w miejscu docelowym, w obozie Burma w Kazachstanie.
Dominują w utworze dwie podstawowe sprawy. Pierwsza – to brak odpowiedniego obuwia dla kobiet pracujących na polach wokół łagru. Druga – to bardzo wysokie normy dla więźniarek koszących zwykłymi sierpami na łagiernych polach lucernę. Niewykonanie dziennej normy narażało je na dodatkowe represje. Porównuje samą siebie do Chaplina, który przypadkowo trafił do łagru i stał się pośmiewiskiem otoczenia.
Nadszedł długo oczekiwany transport roboczego obuwia. Nie rozwiązało to sprawy. Przywiezione buty były prymitywne, a narratorka nie uzyskała obuwia odpowiednich rozmiarów. Pracowała nadal w polu w swych zniszczonych już lwowskich pantoflach. Wciąż była aktualna metafora: „Chaplin w łagrze”. Koszenie lucerny sierpami na rozległych polach i wygórowane normy pracy wciąż niosły cierpienie więźniarkom. Jedna z nich zmarła wskutek nadmiernego wysiłku.
Opowiadanie „Ręce i ziarna” też ukazuje ciężką pracę łagierniczek. Tym razem w zamkniętym pomieszczeniu mielą one zboże ręcznymi młynkami. Normy dziennego urobku są również bardzo wysokie. Kobiety dźwigają przy tym ciężkie worki pełne zboża. Doskwiera wciąż głód. Nadmierny wysiłek sprawił, że jedna z nich w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Przyczynił się też do śmierci starca Saszy, który wspomagał więźniarki w pracy. Obraz wychudzonych, zniszczonych rąk pojawia się kilkakrotnie w całym utworze.
Do głębokich przemyśleń skłania utwór „Człowiek umiera dwa razy”. Akcja rozgrywa się we wspomnianym obozie Burma w Kazachstanie.
Przygotowywaniem wrzątku dla więźniarek zajmował się staruszek Wasilij. Wykonywał swe obowiązki kilkanaście godzin dziennie. Należało przynieść wiadrami wodę z pobliskiego stawu, zatroszczyć się o paliwo – słomę na rozpałkę i kilka kawałków węgla. Dalsze czynności – to rozniecenie ognia i utrzymanie choćby niewysokiego płomienia przez cały dzień, by zagotowany wrzątek był wciąż gotów. Wasilij był pracowity, dobry i usłużny. Wykonywane prace traktował jako swe moralne posłannictwo. Zdobywał opał również wtedy, gdy władze państwowe z powodu toczącej się wojny ograniczyły dostawy węgla i starego drewna do łagru. Pozostały do wykorzystania badyle zebrane w pobliżu stawu i jakaś słoma. Rozniecał ogień w małej kuchence Nadal gorliwie służył ludziom.
Przyszło jednak wielkie osłabienie. Bohater upadł niosąc wodę ze stawu. Stracił przytomność. Przewieziono go do szpitala. Tam konał w ciągu kilku dni. Bardzo cierpiał, wciąż rozlegały się jego jęki. Pożegnał świat wielkim krzykiem bólu, jakby też gniewu i protestu. Wtedy właśnie odszedł na zawsze. Jego ciało wywieziono w step, złożono w jakimś niewielkim dole i zasypano.
Staruszek Wasilij był niegdyś profesorem uniwersytetu, uczonym o rozległych zainteresowaniach, specjalistą w dziedzinie mikrobiologii. KWD aresztowało go prawdopodobnie za niezależność duchową czy wskutek jakiegoś donosu. Skazano go na wieloletni pobyt w łagrze. Nowe warunki egzystencji sprawiły, że utracił swe zainteresowania intelektualne. Zanikała stopniowo jego dotychczasowa wiedza. Stał się staruszkiem przynoszącym wodę ze stawu, rozniecającym wodę i przygotowującym dla wszystkich wodę. System obozowy jakby narzucił mu nową funkcję społeczną i przekreślił jego przeszłość. Po prostu umarł po raz pierwszy.
Potem przyszła śmierć po raz drugi, gdy pożegnał świat na zawsze krzykiem pełnym bólu i protestu.
W opowiadaniu „Kazachstańkie noce” narratorka występuje jako nocna dozorczyni magazynu z materiałami trującymi. Nie zawsze pilnie wywiązywała się ze swych obowiązków. Często odwiedzała więźniarkę Nataszę, aresztowaną niegdyś i skazaną zapewne na podstawie jakiegoś donosu. Była ona inżynierem agronomem, kierowała uprawami na polach wokół lagru. Wykonywała zatem pracę przydatną dla władz i dzięki temu korzystała z pewnego przywileju. Mieszkała oddzielnie, samotnie, w niewielkim domku położonym w pobliżu magazynu trucizn. Przychodziła tam również pomocnica Nataszy, laborantka Szura, niegdyś aktorka. Pojawiał się jeszcze nieco uprzywilejowany więzień Iwan Kiryłowicz. Jakże krzepiące były te nocne spotkania życzliwych wobec innych, solidarnych osób.
Szura wspomagała też innych ryzykowną czynnością. Korzystając z nocnych ciemności, dostawała się do ogrodu łagrowego i kradła tam zręcznie warzywa: pietruszkę, buraki, ogórki czy inne rośliny. Przychodziła z tą zdobyczą do domku Nataszy. Cieszyła się, że zebrani mogą teraz choćby trochę zaspokoić trapiący ich głód. W swych wyprawach nabrała wiele odpowiedniego doświadczenia. Żaden enkawudzista nie przyłapał jej w toku tych dobroczynnych kradzieży.
Pewnej nocy rozpętała się burza. Szura wyruszyła jednak na swą kolejną wyprawę przekonana, że właśnie ta niepogoda gwarantuje jej pełne bezpieczeństwo. Długo nie wracała. Nagle w pobliżu padło kilka strzałów. Szura już nie wróciła. Wczesnym rankiem enkawudziści nieśli zawinione w płachtę jej zwłoki. Właśnie w czasie szalejącej burzy przyniosły jej śmierć strzały strażnika.
Bohaterem następnego utworu „Chleb” jest rodzina lwowska na zesłaniu, pozbawiona ojca.
Pozostała matka i dwóch małoletnich synów: Jędrek i Janek.
Matka pracowała w kołchozie, podobnie jak jej starszy syn kilkunastoletni Jędrek. Młodszy, Janek, był słaby, zagrożony chorobą. Odczuwał głód, zwłaszcza niedostatek chleba bardziej niż starszy brat i matka.
Cała rodzina, podobnie jak inni tutejsi lwowscy zesłańcy, żyła wielką nadzieją. Wojna na pewno skończy się dla Polski pomyślnie. Wtedy matka z synami wyruszy w drogę powrotną do lwowskiej ojczyzny, do najpiękniejszego i najbardziej bezpiecznego miejsca na ziemi – do domu przy ulicy Nabielaka. Od miejsca ich zesłania w pobliżu Gór Ałtajskich jest do Lwowa około pięciu tysięcy kilometrów. Można jednak wyruszyć w drogę, choćby pieszo. W drodze do Lwowa można przebyć każdy dystans – choćby to trwało wiele miesięcy, cały rok lub dłużej. Nadzieja powrotu do Lwowa doda sił, będzie największym pokrzepieniem.
Tymczasem Janek słabł coraz bardziej. Zachorował. Potrzebna była chinina. Brat Jędrek wyruszył po lekarstwo do najbliższego miasteczka, odległego o 30 km. Aptekarz oświadczył, że chininy od pewnego czasu nie ma i już więcej nie będzie. Nieudana wyprawa Jędrka trwała dwa dni.
Początkowo odwiedzała Janka pielęgniarka z miejscowej sowieckiej przychodni. W końcu doradziła, by Janek „sam z siebie wyzdrowiał”.
Coraz bardziej słabnący Janek wciąż podzielał tę ogólną nadzieję. „Bo, żeby nie wiedzieć co, wrócą do Polski, do Lwowa i mieszkać będą w tym samym mieszkaniu przy ulicy Nabielaka. Będą tak samo grać w piłkę albo w kiczkę na placu. Bo tamto istnieje naprawdę, a to tutaj śni się tylko. Tamto czeka na przebudzenie się, na otwarcie oczu”.
Raz odwiedził Janka jakiś miejscowy dygnitarz kołchozowy. Początkowo krzyczał, że Janek już tyle dni wyleguje się w barłogu i nie idzie w step do pracy. Odkrył koc, spojrzał na jego wychudzone ciało. „Predsiedatiel splunął na bok i lekceważąco machnął ręką, jak gdyby chciał powiedzieć: Nic już z ciebie nie będzie.
Janek krzyczał bez opamiętania: Będę zdrowy, będę silny, piechotą pójdę do Polski”.
Choroba jednak postępowała, wzrastało osłabienie. Janek obawiał się coraz bardziej, że matka i Jędrek nie zabiorą go na pieszą wędrówkę do Lwowa i pozostanie na zawsze w tym kołchozie, w tej kazachskiej chacie. Dlatego gorąco prosił matkę, by przyniosła bochenek chleba. Gdy wreszcie naje się do syta, na pewno wyzdrowieje.
Matka przyniosła wieczorem cały bochenek chleba, kupiony jakimś cudownym sposobem. Ofiarowała go Jankowi w wigilię jego imienin. Janek postanowił jednak, że podzieli się tym chlebem z matką i bratem, cierpiącymi również głód. Poprosił o nóż, by pokroić odpowiednio chleb.
„Ale nie miał siły podzielić chleba. Nóż wypadł mu z ręki. Jeszcze tylko szepnął: Podzielić na trzy części – dla Ciebie, dla Jędrka i dla… Słowa: „mnie” już nie wypowiedział. Ogarnęła go ciemność i cisza”.
Oskar Stanisław Czarnik
Tekst ukazał się w nr 2 Kuriera Galicyjskiego (486), 20 stycznia 2025 – 12 lutego 2026










Dodaj komentarz
Uwaga! Nie będą publikowane komentarze zawierające treści obraźliwe, niecenzuralne, nawołujące do przemocy czy podżegające do nienawiści!