
Collage za for: TUT.by / Zerkalo
Łukaszenkowski GUŁAG jest w dużym stopniu wzorowany na stalinowskim, ale są też podobieństwa z obozami hitlerowskimi. Brakuje tylko komór gazowych?
Szefowa emigracyjnego portalu Charter97 Natalia Radina ogłosiła na konferencji w Berlinie raport o kobietach trzymanych w białoruskich łagrach za działalność opozycyjną. Ile ich uwięziono? Od 2020 roku – ponad 8 tysięcy.
Część z tych, które miały krótsze wyroki wyszło już na wolność, ale w międzyczasie aresztowano kolejne. Działające w podziemiu białoruskie Centrum Praw Człowieka „Wiosna” ustaliło dokładne personalia tylko ok. 200 obecnie więzionych kobiet, ale z pewnością jest ich znacznie więcej, gdyż możliwości zbierania danych są bardzo ograniczone.
Obecnie reżim stosuje następujące formy represji: uwięzienie, praca przymusowa w obozach – tzw. „chemia” oraz „chemia domowa” – czyli areszt domowy pod stałym nadzorem milicji, a także przymusowe leczenie psychiatryczne.
Są też ogromne grzywny, których nie da się spłacić z głodowych zarobków lub jeśli zostało się wyrzuconym z pracy, a KGB zabrania pracodawcom zatrudnienia danej osoby w jakimkolwiek innym miejscu.
Raport Radiny dotyczy głównie obozów pracy, czyli faktycznie – koncentracyjnych. Kobiety cierpią w nich szczególnie, zarówno z przyczyn fizjologicznych, mniejszej odporności, jak i z psychologicznych.
Różne formy nękania są tam na porządku dziennym, chodzi o maksymalne poniżenie, podeptanie ludzkiej godności, złamanie siły woli. To wszystko to jednak i tak nic w porównaniu z tym, co robiono w białoruskich aresztach z kobietami zatrzymanymi na protestach w 2020 roku.
W mińskim izolatorze śledczym Okrestina trzymano je w ścisku i duchocie – po 30-40 w celach przeznaczonych dla 4 osób, bez toalet (wiadro w kącie), mydła, podpasek, papieru toaletowego, a czasami przez długi czas bez wody i jedzenia. Często strażnicy kazali im się rozbierać „dla zabawy”, czasem gwałcili, podobnie zresztą jak mężczyzn – potwierdził to raport ONZ.
Wróćmy jednak do żeńskich kolonii karnych – na Białorusi są dwie: Nr4 w Homlu i Nr24 w Rzeczycy. Więźniarki polityczne muszą tam nosić na odzieży żółte znaczki „ekstremistek”. Natychmiast nasuwa się analogia z obozami niemieckimi, gdzie Żydzi musieli nosić żółte gwiazdy Dawida.
Status „politycznej” automatycznie oznacza znacznie gorsze traktowanie niż więźniarek kryminalnych (tak było też w łagrach stalinowskich) i nieustanne szykany pod byle pretekstem: nie zapięty guzik, źle zawiązania chustka. Za jakikolwiek odruch solidarności, np. danie współwięźniarce podpaski – kara.
Co grozi za te „przewinienia”? Pozbawienie przesyłek, pozbawienie widzeń z rodziną – i tak bardzo rzadkich, brak możliwości zadzwonienia, wtrącenie do izolatora karnego, przeniesie na stałe z baraku do celi lub nowy, dodatkowy wyrok za „łamanie dyscypliny”.
Kobiety w kolonii w Homlu pracują przymusowo głównie szyjąc mundury dla wojska i milicji, także dla armii rosyjskiej. Mimo, że formalnie tydzień pracy jest 6-dniowy, kobiety są często zmuszane do pracy także w niedzielę.
„W powietrzu unosi się gęsty pył, tkaniny są nasączone czymś potwornym. Alergiczki i astmatyczki strasznie cierpią. Pracowałyśmy w zasadzie za darmo. Za pierwszy miesiąc zapłacili mi 44 kopiejki (10 centów), w kolejnych – po 2-3 ruble (mniej niż 1 euro)” – opowiada jedna z uwięzionych, która odbyła już wyrok.
Oprócz szycia i sprzątania baraków i terenu kobiety są też często wykorzystywane do ciężkich prac fizycznych: rozładowywanie warzyw, czy mebli z ciężarówek. Prysznic – raz w tygodniu – 15 minut. Papier toaletowy: rolka na miesiąc, podpaski – jedno opakowanie. Czasem nie wydają ich wcale „bo nie ma w magazynie”. Można je dostać w przesyłce od rodziny, ale tylko raz na pół roku.
W kolonii w Homlu stosuje się też karę doraźną: zamknięcie w zwykłej klatce pod gołym niebem na 8 godzin, czasem dłużej. Ale wszystko jest lepsze, niż izolator karny, czyli karcer. To bardzo mała i bardzo zimna piwnica, gdzie jest drewniana prycza, na której wolno leżeć lub siedzieć tylko w godzinach 21:00-05:00.
Przez całą resztę dnia kobieta musi albo chodzić po celi, albo siedzieć na zimnym kamiennym siedzisku. Na podłodze siedzieć nie wolno – dorzucają za to dodatkową karę. Nie ma żadnej pościeli, ani zmiany bielizny osobistej. Cały czas włączone jest światło, co nie pozwala spać. Czasem zabierane są koce – nie ma czym przykryć się w nocy.
Skarpety i rajstopy są konfiskowane – więźniarki siedzą tam w zimnym przeciągu z gołymi nogami. Czasem owijają je gazetami lub papierem toaletowym, jeśli jakiś zdobędą. To nic innego jak tortury zimnem. Żadnych spacerów na zewnątrz, przesyłek, ani listów, totalna izolacja. Brak pasty do zębów – niektóre więźniarki czyszczą je mydłem.
W tych warunkach kobiety są zamykane na miesiąc, a czasem na dłużej. Po jednym takim pobycie zaczynają się problemy z żylakami, pęcherzem moczowym, krążeniem, puchną nogi, nasilają się inne choroby. Do jedzenia jest głównie kasza, ale bez masła, czy jakiegokolwiek tłuszczu, brak witamin.
Nie wolno też mieć własnych lekarstw, nawet na przewlekłe zachorowania. Doraźnie można je dostać tylko od felczera, jeśli odstoi się w długiej kolejce, ale tylko leki podstawowe. W przypadku poważnych chorób, aby dostać się do lekarza trzeba napisać specjalne podanie i długo czekać. Chore z HIV mieszkają i pracują razem ze wszystkimi, szyją tymi samymi igłami itp.
Nic więc dziwnego, że kobiety ciągle chorują, ale rzadko kiedy dostają zwolnienie z pracy. Często muszą pracować nawet z gorączką, np. w zimie odśnieżać teren.
Władze kolonii karnej zabraniają jakichkolwiek rozmów na tematy polityczne – grozi za to karcer. W zamian pranie mózgu – przymusowe oglądanie programów propagandowych w TV i specjalnych „politycznych” nagrań wideo dla więźniarek.
Tak jest w kolonii w Homlu. W Rzeczycy jest jeszcze gorzej – to powszechna opinia. Tam praktycznie przebywa się non-stop w izolatorze lub w celi.
„Obecnie są tam dosłownie zabijane trzy więźniarki polityczne, które poznałam: Olga Majorowa, Elena Gnauk i Wiktoria Kulsza, mogą nie wyjść stamtąd żywe. Kulsza kilka razy prowadziła miesięczną głodówkę protestacyjną, odmawiała nawet picia wody, podcinała sobie żyły” – alarmuje była więźniarka Polina Szerendo-Panasiuk, która po odbyciu wyroku uciekła na Litwę.
I mimo tych wszystkich tortur, bestialstwa i szykan, są w Europie – a i w Polsce – tacy, którzy wzywają do „przyjaźni” i handlowania z reżimem Łukaszenki. Są też tacy, którzy chętnie odesłaliby tam wszystkich uciekinierów z Białorusi, żeby służby Łukaszenki mogły ich tam potem brutalnie zaszczuć na śmierć.
Polina Szerendo-Panasiuk ocenia to krótko: nie handluje się z obozem koncentracyjnym! Chyba, że jest się całkowicie pozbawionym moralności.
Zobacz także: Wepchnięci w trującą rurę! To już tylko żywe trupy. Płuca spalone.
KAS
Dodaj komentarz
Uwaga! Nie będą publikowane komentarze zawierające treści obraźliwe, niecenzuralne, nawołujące do przemocy czy podżegające do nienawiści!