Żyliśmy skromnie, ale godnie [Wspomnienia Weroniki Jackowskiej, z domu Póltorak, ur. w 1932 roku w Szydłowicach koło Wołkowyska]

12 lipca 2018

Urodziłam się 5 czerwca 1932 roku w Szydłowicach koło Wołkowyska. Tatuś mój, Józef Półtorak, brał udział w I wojnie światowej w armii rosyjskiej. Mamusia, Weronika, z domu Kikłowicz, była z Brześcia. Poznali się podczas wojny. Tata był ranny, a mama pracowała w szpitalu jako „siostra miłosierdzia”. Miałam dwóch starszych braci, Witolda i Antoniego. Tatuś był szewcem. Mama to była wielka pani, z miasta, ale z miłości przeprowadziła się za mężem do Szydłowic i zajęła się domem i gospodarstwem.

Szewc to był dobry zawód. Poza tym mieliśmy jeszcze trochę zwierząt domowych – koń, dwie krowy i parę kur, niewielkie pole, 3,5 hektara, ogród, drzewa owocowe. Nie sprzedawaliśmy produktów rolniczych, to było na własny użytek. Nie było bogato, ale żyło się nam dość dobrze. Tata był we wsi, a nawet w Wołkowysku, znany i szanowany.

Landrynki i oranżada

Żyliśmy mniej więcej na takim poziomie, jak większość mieszkańców Szydłowic, choć było u nas też trochę biednych ludzi. Niektóre rodziny po prostu były biedne i miały niewiele, ale pamiętam, że były też takie przypadki, jak naszych sąsiadów. Mieli duże pole, 12 hektarów, i byli bardzo bogaci. Ale jak ojciec umarł osieracając troje dzieci, jednego chłopca i dwie dziewczynki, to samotna matka sobie nie poradziła. Przez kilka lat, by przeżyć, wszystko wyprzedali, i w końcu nic im nie zostało.

Mieliśmy w Szydłowicach siedzibę gminy, kościół, piękną szkołę, posterunek policji, dwa małe sklepiki. Było w nich wszystko – chleb, landrynki, oranżada, piwo, wódka, ale też różne rzeczy potrzebne w domu, pracy, ogrodzie czy w polu. Nie mieliśmy lekarza, lecz felczera. Najbliższy lekarz był w miejscowości 7 kilometrów od Szydłowic. Pamiętam, że w dzieciństwie chorowałam na tyfus, miałam szczęście, że przeżyłam, i to bez jakichś poważnych następstw.

Dla nas, dzieci, oczywiście największą atrakcją były landrynki w sklepiku. Ale rodzice rzadko nam je kupowali. Nie jadło się tyle słodyczy, co teraz. Może dlatego wtedy, mimo że nie było takiej higieny i dostępu do stomatologa, dzieci rzadko skarżyły się na ból zębów.

Inny był też stosunek do alkoholu. Nie ukrywam, że dorośli spotykali się czasem przy wódce czy piwie, ale, przynajmniej w moim otoczeniu, nie było pijaństwa i alkoholizmu. Ludzie pili kulturalnie, gdy nie było pracy, dla towarzystwa, przy jakichś okazjach. Nie pamiętam jakichś patologii albo jakichś rodzinnych awantur. Ludzie u nas byli dla siebie przyjaźni i pomocni.

W pobliżu Szydłowic był spory majątek ziemiański, ale poza tą jedną rodziną ziemiańską i rodziną burmistrza większość ludzi żyła dość skromnie. Było jednak czysto i porządnie. Nikt nie głodował. Ludzie w naszej wsi sobie pomagali. Czasem przychodziły do nas na jedzenie dzieci z biedniejszych rodzin.

Pamiętam, że w domu na śniadanie na ogół jedliśmy zacierkę na mleku, po powrocie ze szkoły obiad, najczęściej kapusta z ziemniakami lub kluskami, jakieś pierogi, zupa chlebowa, zupa z warzywami – bo uprawialiśmy marchewkę, ogórki, ziemniaki… Wszystkie te podstawowe warzywa, nawet dynię. Choć ja akurat zupy na dyni nie lubiłam. Mieliśmy też sad owocowy. Było mięso, ale w tygodniu raczej ewentualnie chleb ze smalcem czy słonina do kapusty, klusek, pierogów lub zupy. Więcej mięsa, jakieś kotlety, kurczak, kiełbasy itd. jedliśmy tylko w niedzielę i święta.

Nasz dom był w samym środku wsi, blisko kościoła. Wchodziło się do dużej sieni, z prawej strony były pomieszczenia mieszkalne, z lewej strony wielka komora, w której przechowywaliśmy ubrania i różne sprzęty. W części mieszkalnej najpierw mieliśmy jeden duży pokój, gdzie wszyscy żyli, spali, gotowali, jedli, potem tatuś przedzielił na dwa pokoje i kuchnię. Spaliśmy na łóżkach pod pierzyną, na wielkich poduchach. Mieliśmy miotłę z brzozy, którą zamiataliśmy podłogę, piec, na którym gotowaliśmy, zapiecek, na który lubiliśmy wchodzić i na nim siedzieć. Podłogę najpierw mieliśmy z gliny, ale z czasem nam się poprawiało i potem była z desek. Potrzeby załatwiało się w wychodku koło domu. W dzień powszedni myliśmy się w misce, w sobotę wieczorem mama przynosiła balię, jak mówiła – „baliejkę”, i wszyscy po kolei wchodzili do niej, kąpali się i myli porządnie w podgrzanej wodzie.

Wyprawy do Wołkowyska

Większa nowoczesność do nas nie docierała, nie przypominam sobie, by ktoś miał na przykład radio, nie mówiąc o samochodzie. Mieszkańcami Szydłowic byli sami . Chodzili do kościoła, ale ci biedniejsi czy starsi właściwie słabo mówili po polsku. Mówili taką miejscową gwarą, mieszanką białoruskiego, rosyjskiego i polskiego. Generalnie, im ktoś biedniejszy, tym słabiej po polsku mówił. 8 kilometrów od nas była prawosławna wieś. 15 kilometrów od nas był . W dzieciństwie dalej się nie zapuszczałam, ludzie od nas w ogóle mało podróżowali. W Wołkowysku mieszkało wielu Żydów. Tata miał tam paru dobrych znajomych Żydów, czasem coś od nich kupował, rozmawiał. Pamiętam, że często chcieli kupować jajka. Nie wiem, czemu. Jeździliśmy czasem z tatą do Wołkowyska na targ, to było dla nas, dzieci, zawsze wielkie wydarzenie i najdalsza wyprawa. Wielki świat, dużo sklepów, ludzi, duży ruch, kolorowo, czasem pojawiały się samochody. Ładne miasteczko.

Dzieci nie miały wtedy oczywiście tyle atrakcji, co dziś, ale my nigdy się nie nudziliśmy. Potrafiliśmy bawić się byle czym, kamieniami, kolorowymi szkiełkami, chodziliśmy na pole, do lasu czy nad rzeczkę. Chłopcy grali w piłkę, ale oczywiście nie mieli prawdziwej piłki, tylko taką skórę krowią wypełnioną różnymi trocinami czy wełną.

Wojna

Byłam mała, gdy zaczęła się wojna. Pamiętam, że gdy rano się obudziliśmy, koło kościoła stały już dwa sowieckie czołgi. Nikt z nich godzinami nie wychodził. Ludzie nie wiedzieli wtedy, o co chodzi, nie mieliśmy przecież informacji, co się dzieje na świecie, że napadli na Polskę. Potem pojawiły się jeszcze dwa czołgi i w końcu zaczęli wychodzić z nich żołnierze.

„Zdrawstwujtie, zdrawstwujtie!” – mówili do nas. Ludzie jednak się ich bali. Przez pierwsze tygodnie, czy miesiące starali się być naprawdę przyjaźni wobec mieszkańców Szydłowic. Aż nagle zaczęły się wywózki na Syberię. Zaczęli wywozić tych, którzy byli zaangażowani w jakąś działalność przed wojną albo mieli dobrą pracę, ludzi bogatych, nauczycieli, ziemiaństwo, rodziny wojskowych… Nigdy nie zapomnę, jak zabrali panią Podstawską, naszą nauczycielkę. Mieszkała w majątku koło Szydłowic. Jej mąż był na wojnie, słuch po nim zaginął, mieszkała z córką. To była zima. Przyjechali rano pod szkołę, weszli do klasy z karabinami, podczas lekcji. Kazali jej się zbierać. Gdy powiedziała, że przecież ma lekcję i poprosiła, żeby pozwolili jej pożegnać się z dziećmi i odprawić je do domu, jeden z sołdatów zdzielił ja karabinem, aż się przewróciła. Jeszcze tego samego dnia wywieźli ją z córką.

W szkole zaczęli pracować inni nauczyciele, sowieccy, uczyli nas tylko po rosyjsku. Raz była inspekcja i kazali nam prosić pana Boga o cukierki. Mówiliśmy, „panie Boże, daj cukierka”. I nic. A potem kazali prosić Stalina o cukierki. I mówiliśmy „Stalin, daj cukierka”. I gdzieś spod lampy spadły cukierki. Jak to dzieci, wzięliśmy je, ale właściwie byliśmy tym wszystkim zdziwieni i nie wiedzieliśmy, o co im chodzi.

Potem przyszli Niemcy. Akurat u nas podczas okupacji niemieckiej niewiele się działo. Poza tym, że niedaleko nas był jakiś posterunek niemiecki, nie pamiętam, czy policji, czy Gestapo. Czasem przywozili tam jakichś młodych ludzi i słychać było krzyki torturowanych. To było straszne. Najbardziej dramatycznie było dla nas, jak znowu wracali Sowieci. Front przechodził przez Szydłowice, toczyły się u nas ciężkie walki. Musieliśmy uciekać do lasu, gdzie już wcześniej na ten wypadek mieszkańcy przygotowali okopy. Pamiętam jedną sąsiadkę, była od lat ciężko chora, nie mogła się ruszać, jej bliscy próbowali, ale nie mogli jej zabrać. Zostawili łózko z nią na podwórku. Gdy wróciliśmy, okazało się, że przeżyła, mimo że naokoło strzelali, wybuchały pociski i granaty. Ale zmarła po kilku dniach, serce nie wytrzymało. Pamiętam też, że po przejściu frontu i wycofaniu się Niemców na ulicy w Szydłowicach leżały trupy żołnierzy.

W nieznane

Po wojnie dostaliśmy wybór – zostać czy wyjechać do Polski? Ale nie każdy chciał wszystko zostawiać i jechać w nieznane. Inni chcieli jechać, ale nie mieli pieniędzy, bo za to trzeba było zapłacić. Mniej więcej połowa została. Do dziś w Szydłowicach i Wołkowysku mieszka sporo Polaków. Do Wołkowyska po latach wróciła z zesłania i zamieszkała do końca życia na przykład córka pani Podstawskiej. Ona sama nie przeżyła poniewierki. Gdy już było to możliwe, z córką pani Podstawskiej przez jakiś czas mieliśmy kontakt listowny albo przez znajomych.

Nasza cała rodzina, a także rodzina brata taty, zdecydowała jednak jechać. My, dzieci, bardzo się cieszyliśmy, że zobaczymy świat, tata nas uspokajał i się martwił. Każda rodzina dostała swój wagon. Zabraliśmy dobytek, nawet kury, konie i krowy. Nikt nie wiedział, co nas czeka. Nie pamiętam dokładnie, ile jechaliśmy. W każdym razie, bardzo długo. Dotarliśmy aż pod Stargard Szczeciński, a potem ruszyliśmy z powrotem w kierunku wschodnim. Jeździliśmy i szukaliśmy miejsca do osiedlenia się. Gdy już coś dorosłym się podobało, okazywało się na przykład, że wciąż mieszkają tam Niemcy. Byli ludzie, którzy wprowadzali się i wyrzucali Niemców, ale nasz tata nie był taki. Mówił, że tak nie można. I jechaliśmy dalej.

Aż gdzieś pod Słupskiem doszło do tragedii. Nawet dziś płaczę, gdy o tym sobie wspominam lub opowiadam. Staliśmy na bocznicy, i dołączali nowe wagony do składu. Był wielki huk. Nawet nie wiedzieliśmy, że tata był w środku. Okazało się, że gdy dołączany wagon uderzył, tata karmiąc kury stracił równowagę i wypchnęło go w kierunku wejścia. Wtedy siłą bezwładu po uderzeniu zamknęły się drzwi i zmiażdżyły mu głowę. Zostaliśmy w jednej chwili bez tatusia. Pamiętam, że sowieccy żołnierze byli tacy nieczuli, jakby kpili z nas i mówili, żebyśmy go tu pochowali przy drodze i jechali dalej. Ale mama, wujek, ciocia, inni ludzie, uparli się, by zabrać tatę i pochować tam, gdzie zamieszkamy.

Wujek zaopiekował się nami. Po różnych perypetiach osiedliliśmy się w końcu w Łebieńcu koło Łeby. Tam, jako młoda dziewczyna, poznałam mojego męża. Pochodził z łódzkiego. Przyjechał w delegację, pracował w melioracji. Był starszy ode mnie. Chodził, chodził i wychodził. Zamieszkaliśmy w Łebieńcu. Mieliśmy pięć córek. W latach sześćdziesiątych przeprowadziliśmy się do Wejherowa. Tu mieszkam do dziś. Mąż zmarł w 1985 roku. Mam dziś 8 wnucząt i 11 prawnucząt.

Fot. foto.volkovysk.by

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

1 odpowiedź Żyliśmy skromnie, ale godnie [Wspomnienia Weroniki Jackowskiej, z domu Póltorak, ur. w 1932 roku w Szydłowicach koło Wołkowyska]

  1. bkb2 Odpowiedz

    12 lipca 2018 w 17:31

    Niezła historia… I pomyśleć że co najmniej kilka milionów Polaków ma podobne historie wojenne w których ktoś zginął czy rodziny musiały się przemieszczać. Hitler nigdy tak pewnie nie uderzyłby w Polskę w 1939 gdyby nie pakt ze Stalinem…. Dzisiaj dzieje się coś podobnego na co Polska nie może absolutnie pozwolić… USA też nie są dobrym wujem i nie możemy całego bezpieczeństwa położyć w ich rękach…Przed Polską stoi gigantyczne zadanie odbudowania wraz z pozostałymi krajami Europy Środkowej i Południowej silnego obszaru zdolnego do obrony…Polska powinna dążyć do przesilenie w Moskwie i wykorzystać czas kiedy będzie tam chaos aby doprowadzić do referendum za przystąpieniem Kaliningradu do EU. A na Białorusi wspierać ruchy wolnościowe aby doprowadzić do oswobodzenia się tego kraju spod reżimu Łukaszenki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *