Przez najdalsze kresy Europy (cz. 2)

6 listopada 2017

 

Choć ,  owe „kresy Europy” zawdzięczają swą przyrodniczą, kulturalną, polityczną i historyczną specyfikę temu, że są w ogromnej części pokryte górami, to jednak przecież nie kojarzymy ich z górskimi wędrówkami i kurortami, lecz z morzem… Czas to zmienić.


(Pierwsza część podróży na Kresy Europy tutaj).

„Bałkanie mój, bądź silny  i dobrze stój” – śpiewał w latach 80. legendarny rockowy zespół jugosłowiański z Chorwacji, Azra.  To ten sam, który nagrał piosenkę „Polska w moim sercu”, zainspirowany powstaniem „Solidarności”, Sierpniem’80 i Janem Pawłem II. A zacytowana piosenka „Balkan” przypomniała mi się podczas jazdy samochodem monumentalną trasą z Sarajewa do serca Czarnogóry. Niemal w całości prowadzi przez , im dalej, tym wyższych i jeszcze piękniejszych. Samo przejście graniczne jest na przełęczy, do której dojeżdża się po wertepach (choć ma powstać lepsza droga), jest niezłą przygodą. Widać też od razu, dlaczego żadnemu najeźdźcy nie udało się nigdy na dłużej ustanowić pełnej kontroli nad Czarnogórą. Taki kraj, poprzecinany górami, rzekami, kanionami, wąwozami i dolinami, po prostu nie da się kontrolować z zewnątrz. Rządzi się sam. Tak było przed wiekami, tak jest i teraz. A że jest to model rządów tylko formalnie przypominający zachodnią liberalną demokrację? Cóż, to już inna kwestia. I tak, jak na kraj tak naturalnie niedostępny i „wsobny”, jest niesamowicie otwarta na świat, a ostatnio przystępując do NATO dokonała prawdopodobnie ostatecznego wyboru geopolitycznego i cywilizacyjnego.


Dalej możemy wybrać różne trasy, w zależności od tego, co nas interesuje i gdzie jedziemy. Możemy pojechać albo przez kanion Tary, albo przez wąwóz Pivy. Niezależnie od tego, co wybierzemy, będzie to niesamowite przeżycie. To piękno zapamiętamy na całe życie, i będzie się nam śnić po nocach. Dodatkową atrakcją jest podziwianie kunsztu jugosłowiańskich inżynierów i planistów, bo poprowadzenie drogi dla samochodów w tak trudnym terenie, nad takimi wielkimi przepaściami robi wielkie wrażenie.

Drogą tą większość turystów kieruje się nad morze, do kurortów takich jak Budva, Herceg Novi czy Ulcinj. Nie zatrzymują się po drodze, chyba że na chwilę, żeby zrobić zdjęcia czy coś zjeść w jednej z licznych restauracji czy karczm (choć pamiętajmy, przez kilkadziesiąt kilometrów, w górach, nie ma żadnej stacji benzynowej, sklepu czy jakichkolwiek ludzkich siedzib. Handel i cywilizacja inna niż droga jest na obrzeżach, po wyjeździe z kanionów). Radziłbym jednak rozważyć kilka dni w górach, w paśmie Durmitoru.

Coraz bardziej rozwinięta jest bowiem baza i infrastruktura, zwłaszcza jeśli chodzi o uprawianie kajakarstwa i raftingu. Są przystanie, kempingi, jeszcze liczniejsze prywatne kwatery, są wyspecjalizowane firmy. Można pływać z przewodnikiem po trudniejszych trasach (czasem ekstremalnych), można po łatwiejszych na własną rękę. Choć i te łatwiejsze są raczej dla doświadczonych kajakarzy. Nie znam nikogo, kto pojechałby do Czarnogóry tylko w celu przeżycia górskiej przygody, a nie nad morze, choć pewnie są tacy ludzie. Na ogół jednak, jeżeli już, to turyści korzystają z tej oferty górskiej dorywczo, a potem jadą nad morze albo w kurorcie nadmorskim wykupują fakultatywne zorganizowane spływy. Ale obserwując jak rozwija się baza, nie mam wątpliwości, że niedługo będzie więcej ludzi wyprawiających się tylko w góry na „męską” albo rodzinną przygodę.

W Durmitorze można też jeździć rowerem, bo dróg jest dużo. Ale to oczywiście trudne trasy, raz w górę, raz w dół. Jak w prawdziwym kolarstwie. To bardzo, bardzo wymagająca , ale pewnie dająca wiele radości. Ciekawe, że najwięcej napotkanych rowerzystów na tych trasach to okazują się być Polacy. Widać, mamy w naturze skłonność do wielkich wyzwań, także na wakacjach.

W tym paśmie najmniej popularne są górskie wędrówki. Nie korzystałem, ale z tego co słyszałem, w zasadzie jedyny turystyczny szlak wspinaczkowy z prawdziwego zdarzenia wiedzie z miejscowości Żabljak. Do tego trudno kupić jego mapę.  Jest też parę pomniejszych i gorzej przygotowanych szlaków trekingowych. To tyle.

Tak więc, jeżeli ktoś nie ma doświadczenia taterniczego lub alpejskiego, nie pochodzi za dużo. W ogóle, narody bałkańskie mają inne niż my podejście do góry. Powiedzmy, że kochają je inaczej niż my. My góry traktujemy wielką czcią, od XIX wieku wytyczamy szlaki piesze wszędzie gdzie się da, ale tak by nie zaszkodzić przyrodzie. Chodzenie po górach to jeden z najbardziej ulubionych „sportów narodowych” Polaków.  Większość mieszkańców krajów bałkańskich zaś po prostu mieszka w górach. To ich dom. Dla nich priorytetem jest doprowadzenie dobrej drogi, żeby mieć kontakt z cywilizacją (tak więc na przykład samochodem można wjechać nawet na dość wysokie szczyty), a góry służą głównie do wypasu owiec, ewentualnie innej formy działalności rolniczej (choć w górach, a już szczególnie w tym klimacie, wybór jest niewielki). Do tego dochodzi pogoda. Chodzenie nawet na sporych wysokościach między majem a wrześniem to ekstremum innego rodzaju niż chodzenie po wysokich Tatrach. Można nawet dostać udaru słonecznego, jeżeli ktoś źle się przygotuje. Inaczej niż w naszych górach brakuje nawet górskich strumyków, bo w tych górach nurty są ukryte pod ziemią.

Ja osobiście skorzystałem z rachitycznie oznakowanego szlaku na Jezerski Vrh, w innym paśmie Gór Dynarskich, w paśmie  Lovćen wznoszącym się nad dawną stolicą Czarnogóry Cetinje. Sama góra, nieco wyższa niż, dajmy na to, Śnieżka, ale bardziej „alpejska”, nie jest wymagająca sama w sobie. Większym problemem był lipcowy skwar. Ale warto było. Z tym, że satysfakcja płynąć będzie głównie z ciszy i widoków po drodze, a nie ze zdobycia góry. Bo, oczywiście, można na nią wjechać także samochodem. Znajduje się tam mauzoleum „ojca” Czarnogóry, władyki i jednocześnie przywódcy i wieszcza Petara Njegoša. Zaprojektowane  i zbudowane zostało w latach 60. i 70 przez niesamowitego architekta chorwackiego Ivana Meštrovicia . Tego samego, który miał zaprojektować mauzoleum Piłsudskiego w Warszawie. Do realizacji planów nie doszło, bo wybuchła wojna.

Podobno coraz lepiej oznakowane i przygotowane w Macedonii. Niestety, jeszcze nie miałem okazji się przekonać. Ten kraj dopiero wchodzi na międzynarodowy rynek turystyczny i chyba zdaje sobie sprawę, że nie posiadając morza ani jakichś szczególnych zabytków musi kierować swoją ofertę głównie do miłośników gór. Tamtejsze góry Korab na granicy macedońsko-albańskiej mają grubo powyżej 2000 metrów nad poziomem morza. Najwyższe partie są słabo dostępne, na tyle że, na przykład pierwsze polskie zimowe wejście na najwyższy szczyt, Korab, było dopiero w 2014 roku!

Najbardziej niesamowite i tajemnicze są jednak góry Prokletje, z których większość jest w Albanii. Ale większość może na nie jedynie popatrzeć. Choć dobre i to. Patrząc na ich majestatyczny zarys i ściany, przywodzą na myśl Góry Mgliste z uniwersum Tolkiena Dostać się tam szaremu turyście nie sposób. To znaczy, można, ale nie ma szlaków, a poza tym w razie jak by co, nikt nie poda pomocnej dłoni, bo mieszka tam bardzo mało ludzi, a szlaków na najwyższe partie, a nawet map nie ma praktycznie żadnych.

Trasa i propozycje, które nakreśliłem, to tylko jedne z wielu, jakie oferuje ten niezwykły region. Świadomie odpuściłem nadmorskie riwiery, bo wszyscy dobrze je znają, a jeśli nie, to i tak wiedza i oferta na ich temat w dobie internetowego marketingu wciska się do naszego życia zewsząd.

Może tylko dodam, że jeśli chodzi o czarnogórskie kurorty, najlepiej jednak odwiedzić je poza sezonem. Może być już we wrześniu, ewentualnie w maju lub w czerwcu. W lipcu i sierpniu nad czarnogórskie wybrzeże wyrusza z pół siedmiomilionowej Serbii. Nie mam nic do Serbów i Serbii, ale chodzi o liczby. Czarnogóra ma nieco ponad 600 tys. mieszkańców, do tego krótkie, kilkudziesięciokilometrowe wybrzeże. A serbskich turystów jest kilka razy więcej niż mieszkańców kraju przez dwa letnie miesiące. Do tego dodajmy jeszcze turystów zagranicznych (dominuje też Europa Środkowa i Wschodnia – Rosjanie, Polacy, Czesi, Słowacy, Rumuni, Węgrzy, ale także widać sporo turystów z Holandii, Francji czy Skandynawii) i mamy obraz dosłownie najechanego kraju. Na plażach nie ma gdzie szpilki wcisnąć. Trudno nawet znaleźć płatne miejsce. Ale w ostatni dzień sierpnia Serbowie masowo wyjeżdżają, by zdążyć na początek roku szkolnego i od razu robi się o wiele luźniej. I z każdym tygodniem coraz taniej. W październiku są już prawdziwe pustki, a jest i tak bardzo ciepło. Wtedy chyba najlepiej się wybrać. Co prawda, miejscowi patrzą na kąpiących się w morzu o tej porze roku Polaków i Czechów jak na dziwaków, ale nie wiedzą, że październikowy południowy Adriatyk jest i tak dużo cieplejszy niż Bałtyk latem. I przyjemniejsza jednak pogoda, bo upały czarnogórskie są wyjątkowo dotkliwe. Kurorty leżą u stóp dość wysokich gór, więc ciepło jest uwięzione w czarnogórskich fiordach jak w saunie.

Marek Madej

fot. Pear Blossom, Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

 

 

 

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *