Białoruski aktywista Aleksandr Strelcow został pobity w Warszawie. Mężczyzna padł ofiarą ukraińskiego sąsiada, który nienawidzi Białorusinów jako nacji i nawet tego nie ukrywa.
Zamieszkujący od trzech lat Warszawę białoruski emigrant, aktywista i były wolontariusz obrony Ukrainy, padł ofiarą brutalnego pobicia. Napastnikami byli jego ukraiński sąsiad i jego partnerka. Powód? Narodowość.
Sprawę opisuje Nasza Niwa. Aleksander Stralcou nie jest postacią anonimową — uciekł z Białorusi po tym, jak przez dwa lata pomagał walczącym Ukraińcom. Najpierw przeniósł się na Ukrainę, później, po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji, ewakuował się do Polski. W Warszawie zamieszkał w hostelu, gdzie również podjął pracę jako konserwator.
To właśnie tam rozpoczął się jego koszmar.
Konflikt rozpoczął się niewinnie — od skarg na zachowanie sąsiadów: około 50-letniego mężczyzny z Dniepra i jego partnerki. Według Białorusina, para miała często spożywać alkohol w nocy, łamała regulamin hostelu, a Aleksander, odpowiedzialny za porządek, zwracał im uwagę. W odpowiedzi usłyszał:
„Ty myślisz, że jesteś królem?”,
„W Ukrainie robimy, co chcemy. A wy, Białorusini, to słabeusze!”
Z czasem język agresji stał się coraz bardziej brutalny. Stralcou relacjonuje, że wielokrotnie słyszał wyzwiska w rodzaju:
„Idź stąd, śmierdzący Białorusinie! Trzeba was wszystkich tłamsić!”
Do eskalacji konfliktu doszło 24 sierpnia, około północy. Po kolejnej kłótni o otwarte okna w części wspólnej hostelu, Aleksander wyszedł zapalić na balkon. Za nim miała wpaść z krzykiem para Ukraińców.
— Ona zablokowała mi wyjście, a on zaczął mnie bić. Ktoś z nich krzyczał: „Białorusini, wy już się niczego nie boicie? Trzeba was zabijać!” — opowiada Stralcou.
Według jego relacji napastnik próbował zrzucić go z balkonu, co mogłoby zakończyć się tragicznie. Aleksander był bity przez oboje — masywną kobietę i znacznie silniejszego mężczyznę.
— Mam 55 kg. Ten facet był o głowę wyższy i ważył prawie dwa razy tyle. Bił jak młotem, a ona – 100 kilo wagi, trzymała mi ręce — relacjonuje ofiara.
Po brutalnym ataku Aleksander zadzwonił po policję. Funkcjonariusze przyjęli zgłoszenie, a następnego dnia Stralcou trafił do szpitala, gdzie stwierdzono złamane dwa żebra i uszkodzenia tkanek miękkich.
Napastników początkowo nie udało się zatrzymać. Kobieta próbowała tłumaczyć zajście… karmą dla kota.
Policja wszczęła postępowanie karne. Stralcou zapowiada, że będzie domagać się zadośćuczynienia oraz deportacji napastnika na Ukrainę, gdzie — jak zauważa — mężczyzna może zostać zmobilizowany do wojska.
ba za nashanivacom
1 komentarz
Jacek
29 sierpnia 2025 o 14:15Rozumiem, że oboje zostali aresztowani i wkrótce wrócą do kraju walczyć o niego na froncie.