“Pierwsi Sowieci” – właśnie tak mieszkańcy dzisiejszych zachodnich obwodów Białorusi i Ukrainy w latach powojennych zaczęli nazywać okres swej historii, trwającej niecałe dwa lata – od września 1939 r. do czerwca 1941 r. Później była niemiecka okupacja, po której znowu wróciła władza radziecka czyli “drudzy” Sowieci. Do tej pory wśród starszych ludzi funkcjonuje określenie: “Pierwsi Sowieci byli lepsi niż drudzy. Tamci pobyli tylko dwa lata i odeszli, a drudzy zostali na zawsze”. W tym ludowym powiedzeniu zawarte jest samo sedno, ta sól, ta prawda, która charakteryzuje stosunek zwykłych ludzi do władzy radzieckiej.
O “wyzwoleniu” Wołkowyska i ustanowieniu władzy radzieckiej pisze białoruski krajoznawca Nikołaj Bychowcew.
Pojęcie “wyzwolenie”, którym do dnia dzisiejszego radziecka ideologia przykrywa agresję Armii Czerwonej 17 września 1939 r. na Polskę, wywołuje tylko ironię. Nie mógł Stalin wraz ze swymi towarzyszami nieść wolność innym krajom, jeżeli w tym czasie w ZSRR zamordowano dziesiątki milionów swych obywateli, a inne dziesiątki milionów znajdowały się w łagrach. Nie mógł Stalin z jego zbirami w mundurach NKWD jednocześnie zabijać wolność w swym państwie i nieść ją innym narodom. Nie mógł “rodzony ojciec” ubrać i nakarmić cudzy naród, kiedy w swoim kraju ludzie byli głodni, kiedy robotnicy i chłopi nie mogli kupić zwykłego kretonu na sukienkę czy koszulę. Jednak z uporczywością godną pozazdroszczenia nam wmawiają, że było to “wyzwolenie”. O tym niedługim, lecz ważnym okresie naszej historii wyraźnie mówią zachowane dokumenty z archiwum Białostockiego Obwodowego Komitetu KP(b)B. Dokumenty te do niedawna były zastrzeżone tajnością. Teraz zaczęły mówić na głos, z zabójczą prawdziwością burząc fałszywy mit radzieckiej propagandy o “wyzwoleniu”.
Trzeba przyznać, że na partyjnych zebraniach wołkowyskiego rejonowego komitetu realistycznie oceniano bieżącą sytuację. Ale dokonać zmian w lepszą stronę, naprawić wady nie zawsze się udawało. Co jest zrozumiałe. Nowe życie było budowane według podejścia klasowego, co zupełnie pozbawiało byłych przedsiębiorców, stary aparat kierowniczy, a i w ogóle ludzi zamożnych, którzy osiągnęli dostatek zawdzięczając swej mądrej głowie i swym niepospolitym zdolnościom, możliwości aktywnie włączyć się w budowę nowego państwa. Takich obywateli ogłaszano wrogami ludu i razem z rodzinami wysyłano na Syberię.
“Świetlaną przyszłość” szerzono siłą. Przybyli ze wschodu kierownicy, nie licząc się z ustalonymi miejscowymi tradycjami, obyczajami i układem życia, zaczęli wprowadzać swoje prawa, porządki i światopogląd. I jeżeli “przy Polakach” też starczało niesprawiedliwości, to były to “kwiatuszki” w porównaniu z nowym reżimem. Owszem, ktoś przy nowej władzy zaczął żyć “weselej”, ale bynajmniej nie wszyscy. Tym niemniej, przez cały ten czas ideologia radziecka wmawiała nam, że bez 17 września 1939 r. my, zachodni Białorusini, do tej pory “chodziliby w łapciach” i wszyscy bez wyjątku byli spolonizowani. Historia wszystko postawiła na swe miejsca. Teraz możemy porównać, komu lepiej się żyje – nam, czy Europie Zachodniej, gdzie nie dokonywano na ludziach przestępczych eksperymentów w postaci komunizmu. Porównanie wypadło nie na naszą korzyść. A co dotyczy polonizowania, to w rzeczywistości nas zrusyfikowano.
17 września 1939 r. Armia Czerwona, bez wypowiedzenia wojny i bez jakiegokolwiek pretekstu, przekroczyła granicę. W taki sposób wykonała tajne porozumienia o podziale Polski, zawarte przez Stalina z faszystowskimi Niemcami. W ten sposób ZSRR nie tylko zadał cios w plecy wojsku polskiemu, spływającemu krwią w walkach z przewyższającymi siłami Wehrmachtu i Luftwaffe, ale i złamał wszystkie umowy pokojowe, wcześniej zawarte z Polską. Tego samego dnia rano wojska niemieckie otrzymały rozkaz zatrzymać się na wcześniej uzgodnionej z Sowietami linii Skole-Lwów-Włodzimierz Wołyński-Białystok.
Jako główny argument agresji na Polskę rząd radziecki wysunął konieczność wzięcia pod swą obronę białoruskiej i ukraińskiej ludności wschodnich ziem polskich przed groźbą niemieckiej okupacji. A przecież do września 1939 r. rząd radziecki nigdy oficjalnie nie stawiał pytania o przyłączeniu tych ziem. Tym bardziej, że w 1932 r. Polska i ZSRR podpisali umowę o nieagresji, i od tego momentu Związek Radziecki nigdy nie kwestionował prawomocności i sprawiedliwości wschodnich granic Polski. 10 września 1939 r., dziesięć dni po wybuchu wojny, w Moskwie Mołotow zaprosił ambasadora Niemiec Schelenburga i oświadczył: “Rząd radziecki był zaskoczony nieoczekiwanie szybkimi niemieckimi sukcesami wojennymi. Armia Czerwona liczyła na to, że ma na przygotowanie kilka tygodni, które skróciły się do kilku dni”.
Mołotow szczerze uprzedził niemieckiego ambasadora o zamierzeniach Moskwy, oficjalnie ogłaszając światu na usprawiedliwienie swej agresji następującą wersję: że niby Polska rozpada się na kawałki, i Związek Radziecki jest zmuszony przyjść z pomocą Ukraińcom i Białorusinom, którym “zagrażają” Niemcy, co “da to ZSRR stosowny pretekst i możliwość nie wyglądać na agresora”. Kierownictwo niemieckie nie było zachwycone takim oświadczeniem, ale musiało się zgodzić.
14 września Mołotow znowu zaprosił Schelenburga i powiedział o gotowości Armii Czerwonej przekroczyć polsko-radziecką granicę. Jednak biorąc pod uwagę polityczną motywację radzieckiej operacji (obrona Ukraińców i Białorusinów), Moskwa nie może zacząć działać zanim padnie Warszawa. Jednakże nie wytrzymali, napadając na Polskę przed upadkiem Warszawy. Akt o kapitulacji Warszawy został podpisany dopiero 28 września.
Białoruski front Czerwonej Armii składał się z czterech armii i liczył 201 tysięcy żołnierzy i oficerów. Opór im stawiało 45 tysięcy Wojska Polskiego, z których mniej więcej połowa znajdowała się w stadium tworzenia i była faktycznie bez broni. Natarcie Czerwonej Armii wzmogło i bez tego tragiczne położenie Polski, negatywnie odbiło się na moralno-psychicznym stanie żołnierzy i oficerów. Polacy nadal walczyli z Niemcami, ale przystąpienie do wojny Związku Radzieckiego pozbawiło naród polski ostatniej nadziei. Marszałek Edward Rydz-Śmigły, dowodzący polską armią, tego samego dnia oddał wojsku rozkaz: “Z Sowietami nie walczyć, w bój nie wdawać się, z wyjątkiem przypadków, gdy oni będą atakować lub będą próbowali rozbroić nasze jednostki… Wojska, do których podeszli Sowieci, powinny nawiązać pertraktacje w celu wycofania garnizonów do Rumunii czy Węgier”.
Rozkaz Rydza-Śmigłego pomógł uniknąć większych konfliktów. Zgodnie z polskimi źródłami, ogółem zarejestrowano 40 wypadków oporu patroli straży granicznej, do których prawdopodobnie rozkaz nie dotarł, a w pasie Kobryń-Grodno-Sopoćkinie-Wilno polscy patrioci walczyli z bolszewikami z własnej inicjatywy. Najbardziej zaciekłe walki toczyły się 20-21 września w Grodnie, gdzie wojska radzieckie straciły 16 czołgów i 47 zabitych. Polskie wojsko mężnie broniło Brzeskiej Twierdzy, której zdobycie faszyści zawdzięczają sowieckiej artylerii. Ogółem na białoruskim froncie Czerwona Armia straciła 316 osób a 642 osoby zostały ranne (inne źródła mówią o 2599 zabitych i rannych czerwonoarmistach). Do niewoli radzieckiej trafiło 62 tysiące polskich żołnierzy i oficerów, którzy zostali przekazani pod jurysdykcję radzieckiej policji politycznej – NKWD, co było niezgodne z międzynarodowymi konwencjami.
22 października jednostki 4. Armii Czerwonej weszły do Brześcia i Białegostoku. Brześć już był zajęty niemieckimi wojskami generała Guderiana. Po wspólnym obiedzie, gdzie brzmiały toasty za Stalina i Hitlera, za wieczną przyjaźń między hitlerowskimi Niemcami a Związkiem Radzieckim, naczelne dowództwo urządziło wspólną defiladę. Tego samego dnia Niemcy opuścili miasto, które zgodnie z wcześniejszą umową przechodziło na radziecką stronę. Wspólna defilada miała miejsce również w Grodnie. Tu defiladę razem z niemieckimi generałami przyjmował przyszły radziecki marszałek Wasilij Czujkow.
W najbardziej zdumiewający sposób w latach powojennych o “wyzwoleniu” zachodnich terenów Ukrainy i Białorusi przez Czerwoną Armię w 1939 r. starano się nie wspominać, ale fakty mówią same za siebie – faszyści i komuniści w rozgromieniu Polski, a tym samym wszczęciu drugiej wojny światowej, działali na podstawie uprzedniej zmowy i wspólnie. W ogromnym 12-tomowym dziele “Historia drugiej wojny światowej. Lata 1939-1945” wydanym w ZSRR w latach 70. XX wieku, o wejściu Czerwonej Armii do Polski wstydliwie napisano zaledwie siedem (!) linijek: “Wierny swemu internacjonalnemu obowiązkowi rząd ZSRR wydał rozkaz Armii Radzieckiej 17 września 1939 r. przekroczyć granicę państwową i zapobiec dalszemu posuwaniu się hitlerowskiej agresji na wschód. Wojska radzieckie wykonały ten rozkaz”. A przecież ta agresja była wielkim wydarzeniem w światowej historii tamtych czasów. Dotyczyła ogromnych terytoriów, na których mieszkało wiele milionów ludzi, których losy radykalnie po tym się zmieniły.
Machina propagandowa Związku Radzieckiego wkroczenie do Polski przedstawiała jako połączenie białoruskich oraz ukraińskich ziem, tyle że potem zjednoczeni Białorusini i Ukraińcy nie zamieszkali w samodzielnych i niezależnych państwach, a znaleźli się pod bolszewickimi rządami, które okazały się wcale nie takimi, jakich się spodziewała ludność białoruska. Większość Białorusinów z radością i nadzieją spotykała Armię Czerwoną, oczekując przemian na lepsze. W tym samym czasie większa część patriotycznie nastawionych Polaków spotykała nową władzę czujnie, a nawet wrogo. Opowiada Wacław Stach, były mieszkaniec miasteczka Roś, znajdującego się niedaleko Wołkowyska, dziś obywatel Polski, który spisał nieopublikowane wspomnienia:
“17 września 1939 r., bliżej południa, od strony Wołkowyska nisko nad koleją do Rosi wleciał samolot z czerwonymi gwiazdkami. Jak się okazało, był to radziecki samolot, który rozrzucał ulotki. Ja i moi przyjaciele rzuciliśmy się je zbierać. Tekst drukowany w językach polskim i rosyjskim informował: “W związku z rozpadem polskiego państwa i ucieczką polskiego rządu za granicę rząd radziecki bierze pod swą opiekę życie i mienie narodu Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi. Armia Czerwona przyniesie wam wyzwolenie od władzy jaśnie wielmożnych panów, od polskiej burżuazyjnej armii, polskich osadników…” Ludzie różnie odbierali te wiadomości. Polacy – ze smutkiem i żalem. Moja mama zmartwiła się nie z powodu jaśnie wielmożnych panów, a z powodu zagłady Polski”.
Chociaż Wołkowysk nie stanowił zagrożenia dla Armii Czerwonej pod względem wojskowym, to dla spotęgowania strachu i paniki wśród mieszkańców, miasto zostało poddane bombardowaniu w pierwszym dniu sowieckiej agresji – 17 września. Z pamiętnika gimnazjalistki Weroniki Tresenberg: “17 września. Instytucje w mieście nie pracują. W oczekiwaniu na wroga zmuszeni byli zdjąć swe mundury. Niedzielnym porankiem poszliśmy do kościoła. Naleciały samoloty, i ludzie zaczęli się chować. Wybiegłam na ulicę i schowałam się pod drzewem. Rozległ się diabelski świst od zrzucanej bomby, a w ślad za nim straszny huk wybuchu. Patrzę na swój dom pokryty dymem, z którego wkrótce wyłonił się komin, pomyślałam, że dom ocalał. Bomby zaczęły sypać się bez końca, ale rzuciłam się biec do domu. Kiedy przybiegłam, zobaczyłam jedynie wybite szyby oraz mocno uszkodzony sad”.
W Wołkowysku na przyjście bolszewików najbardziej oczekiwała ludność żydowska. Wspomina mieszkaniec Wołkowyska Jan Byliński: “Kiedy z miasta na wojnę z Niemcami wyruszył kwaterujący tu 3 Pułk Strzelców Konnych i zmobilizowano policję, 18 września Żydzi wyszli z bronią na ulice i zaczęli bić szyby w państwowych instytucjach. Na skrzynkach pocztowych i budynkach administracyjnych pozbijali białych orłów w koronie – polski herb”.
18 września w Wołkowysku jeszcze się znajdował 3 szwadron 2. Pułku Ułanów majora Mariana Cyngota. Po południu szwadron wyjechał z miasta w kierunku wsi Hrynki, aby przyłączyć się do znajdującego się tam pułku.
W tym czasie uzbrojona grupa dywersantów, przeważnie Żydów, zorganizowała atak na koszary 3. Pułku Strzelców Konnych, które ochraniał nieduży oddział. W wyniku napadu koszary częściowo się spaliły, mienie państwowe zostało rozgrabione. Zdobyte karabiny rozdano miejscowym komunistom, którzy zorganizowali oddziały milicji. Prawdopodobnie z powodu tego pogromu powróciła jedna jednostka Wojska Polskiego, które kierowało się na Grodno. W Wołkowysku ta jednostka zaczęła zaprowadzać porządek, w wyniku czego zabito kilku miejscowych Żydów. Przez radzieckich historyków urosło to do miana pogromu.
A oto jak był prezentowany ten epizod historii Wołkowyska przez miejscowego sowieckiego propagandystę i byłego dyrektora muzeum Aleksieja Czernysza:
“W strachu przed natarciem Czerwonej Armii z miasta uciekła policja, w pośpiechu wycofywały się jednostki kawaleryjskie. Postępowe warstwy ludności, członkowie KPZB zaczęli wstępować do milicji, stworzyli oddziały samoobrony. Ale nie spały reakcyjne siły miasta.
Jeden szwadron kawaleryjski, który ze strachu uciekł do lasu, gdy tylko pojawiły się pogłoski o tym, że idzie Armia Czerwona, wrócił do miasta. Tchórzliwi oficerowie polskiej armii wrócili do miasta, żeby podnieść broń na swój naród, zemścić się na ludziach, którzy i bez tego cierpieli od koszmarów wojny, rozpętanej przez niefortunnych polskich żołdaków. Przewodnicy OZON-owców, zażarci antysemici Tymiński, Kaściełowski, Wierzbowski, stanęli na czele czarnej bandy rozbójników. Pod wieczór zgraja bandytów zaczęła pogrom. Uzbrojeni oficerowie, osadnicy, policjanci postanowili zniszczyć pokojową ludność na tyłach. Ucichnął Wołkowysk. Zamarły jego ruchliwe ulice. Strach śmierci i zabójstw zawisł nad nim. Na ulicach co chwila było słychać strzały, lament, płacz, jęki, krzyki.
Oto rozwścieczona banda podskoczyła do domu obywatela Aleksandra Makowa. Dom był zamknięty. Bandyci siekierami porąbali drzwi. Jak stado wściekłych zwierząt, wtargnęli oni do domu. Schwytali gospodarza. Zaczęli go bić. Żona Makowa rzuciła się na kolana prosić ich, żeby nie ruszali. Jeden z bandytów wystrzelił jej w plecy. Ledwo żywa, upadła ona na ziemię…” – i tak dalej w podobnym stylu są opisywane koszmary pogromu.
Po wejściu do Wołkowyska Armii Czerwonej niektórzy z aktywnych uczestników “pogromu” będą aresztowani i rozstrzelani, w tym również aptekarz Hugon Tymiński.
W wyniku tego “okropnego pogromu” zabito zaledwie kilka osób. O tym, czego warta jest taka rozprawa, fragment której dopiero co został przytoczony, można sądzić jedynie na podstawie następującego twierdzenia: “wojna, rozpętana przez niefortunnych polskich żołdaków”. I to napisał były dyrektor muzeum wołkowyskiego. A przecież na pewno wiedział, że Polska w tej wojnie była ofiarą, a agresorami, którzy rozpętali wojnę byli Niemcy i ZSRR. A to, co Czernysz określa jako “tchórzliwi oficerowie wrócili do miasta” i zaczęli tłumić zorganizowany przez bolszewików bunt na tyłach walczącej armii, jest wykonywaniem przez wojskowych swego obowiązku. Bunt Żydów przeciwko polskim władzom był odebrany przez Polaków jako cios w plecy. Wymownie o tym świadczy zapis w pamiętniku Weroniki Tresenberg: “18 września. Tego dnia wieczorem w naszym mieście panowali hołota i komuniści. Kiedy nasze wojska zostały rozbrojone, Żydzi z niecierpliwością oczekiwali ze wschodu przeklętych bolszewików. W wyniku zaistniałej w mieście anarchii zginęło kilku Żydów. Polacy nigdy nie wybaczą im zdrady. Nastrój bardzo zły, tym bardziej że cały czas ryczały syreny. Jeszcze bardziej psuły nastrój najrozmaitsze niepocieszające plotki i fakty. We wsiach i miastach bandy chłopów rozbrajają polskich żołnierzy i zabijają ich”.
Najprawdopodobniej rozruchy w Wołkowysku, które musieli uśmierzać polscy wojskowi, nie powstały same z siebie, a były zorganizowane przez przysłanych w przeddzień sowieckich dywersantów. Posiadam wielce ciekawe wspomnienia Nikołaja Tabakowa – byłego mieszkańca naszego miasta. Gdyby nie pierestrojka Michaiła Gorbaczowa, to prawdopodobnie zabrałby on swe wspomnienia do grobu. Zaczął je spisywać już w poważnym wieku – mając 82 lata, ale ogłoszone przez kierującą partię komunistyczną pierestrojka i jawność dodały mu odwagi.
Tabakow urodził się w 1904 r. w ujeździe słuckim w rodzinie chłopa-parobka, chociaż nie zaprzecza, że za cara rodzinie nieźle się powodziło. W 1929 r. zapisał się do partii bolszewickiej, a w 1932 r. już służył jako pełnomocnik 4. komendy 17. oddziału straży granicznej OGPU na radziecko-polskiej granicy. Na różnych odcinkach granicy służył do czerwca 1937 r., kiedy go aresztowano jako wroga ludu. W mińskim więzieniu odsiedział pół roku, a pod koniec grudnia wyszedł na wolność, gdy zdjęto z niego oskarżenia. Jak wiadomo, żołnierze straży granicznej byli podporządkowani bezpośrednio kierownictwu OGPU – NKWD.
“W przeddzień 17 września 1939 r. – wspomina Tabakow – pilnie wezwano mnie do CK KP(b)B. Przyjęła mnie sekretarz CK – kobieta, nazwiska teraz dokładnie nie pamiętam, zdaje się Griekowa. Krócej mówiąc, wyznaczono mnie pełnomocnikiem CK KP(b)B do spraw ustanowienia radzieckiej władzy w zachodnich obwodach Białorusi. Otrzymałem dokładne instrukcje, wskazano mi czas i sektor przekraczania granicy, miejsce przeznaczenia – Wołkowysk. Tu spotkałem dawnego kolegę, byłego komendanta 4. Starobińskiej Komendantury, Nikołaja Pawłowca. Razem z nim do czasu skompletowania komitetu KP(b)B w ujeździe, a następnie rejonowego komitetu wykonawczego, my przeważnie kierowaliśmy wszystkimi przedsięwzięciami skierowanymi na zorganizowanie władz lokalnych”.
Jak widzimy, obydwaj czekiści, na dodatek z dowództwa, jeszcze przed wkroczeniem Czerwonej Armii, czyli przed 17 września, nielegalnie przekroczyli granicę. Niestety, Tabakow skromnie pominął milczeniem to, na czym polegał instruktarz, czym zajmował się razem z Pawłowcem w Wołkowysku do przyjścia Czerwonej Armii i czy byli z nimi inni dywersanci. Tak, właśnie dywersanci – tak się nazywa tych, którzy nielegalnie przekraczają granicę i dokonują antypaństwowych działań w sąsiednim kraju. Jeżeli o swej służbie w CzK i czasie, spędzonym w więzieniu, Tabakow opowiada we wspomnieniach dość szczegółowo, to o swojej działalności w Wołkowysku do 19 września pisze w kilku linijkach. Widocznie i po wielu latach było co ukrywać. Można tylko się domyślać, że rozruchy w mieście zrodziły się nie bez udziału i pod pilnym kierownictwem dywersantów z CzK.
W kierunku Wołkowyska nacierała 10. armia białoruskiego frontu. Dowództwo rozkazało grupie zmotoryzowanej 13. Dywizji Strzeleckiej i 119. Pułkowi Strzeleckiemu zawładnąć miastem w terminie do końca dnia 18 września. Jednak zadanie nie zostało wykonane. O świcie 19 września, kiedy grupa zmotoryzowana dopiero formowała się w kolumnę o 7 km na zachód od Nowogródka, jednostki konno-zmotoryzowanej 6. grupy korpusu 3. armii już weszły do Wołkowyska. Z doniesienia dowódcy korpusu Andrieja Jeriomienki, przyszłego marszałka Związku Radzieckiego, dla sztabu naczelnego dowództwa: “O 7.00 19 września oddziałami pancernymi 28. i 35. pułków zajęliśmy Wołkowysk. Nieprzyjaciel oporu nie stawiał. Pułk pancerny jest skoncentrowany w lesie na północny zachód od Wołkowyska. Prowadzę zwiad w zadanym kierunku. Został wydany rozkaz dla garnizonu o zaprowadzeniu porządku w Wołkowysku oraz ustanowieniu władzy”. A oto jak sam Andriej Jeriomienko w swoich wspomnieniach opisuje wejście Czerwonej Armii do Wołkowyska:
“Zgodnie z ogólnym zadaniem, postawionym przed korpusem, wszystkie nasze pułki pancerne były zjednoczone w jedną ruchomą grupę po to, aby przyśpieszyć posuwanie się na zachód i już następnego dnia zająć Wołkowysk, następnie Grodno i Białystok. Tę decyzję dowództwa korpusu zatwierdził dowodzący konno-mechanizowaną grupą Iwan Bołdin.
Ogółem wszystko szło dobrze, jednak nie bez pewnych chropowatości i nieprzyjemności. Sprawdzając przygotowanie czołgów do dalszego marszu wykryłem, że paliwa zostaje mało, wystarczało tylko do Wołkowyska, jeżeli czołgi wykorzystywać tylko jako środek transportu. Ale przecież one są maszynami bojowymi, powinny prowadzić bój i w każdej chwili być gotowymi do ruchu. Służby tyłowe frontu powoli uruchamiały swą działalność i nie zdążyły na czas dostarczyć paliwo szybko idącym do przodu jednostkom.
Postanowiliśmy, że jeden z trzech czołgów pozostawimy zupełnie bez paliwa i przekażemy dwóm pozostałym. W taki sposób dwie trzecie czołgów i samochodów pancernych stawało się w pełni zdolnymi do walki. Trzecia część maszyn zostawała na miejscu bez paliwa i musiała poczekać aż go dowiozą, a następnie ruszać w ślad za przodującymi jednostkami. Oczywiście przelewanie paliwa wymagało pewnego czasu.
Oprócz tego sytuację komplikowało to, że w nocy z 18 na 19 września wykryto sześć kolumn wojska polskiego, które kierowały się ze Słonimia na Lidę, przecinając w kilku miejscach nasze marszruty. Możliwe były nocne starcia.
Kiedy już wszystko było gotowe do wymarszu, po pierwszej godzinie nocy 19 września w rejon naszej nowopowstałej grupy pancernej przybył członek rady wojennej konno-mechanizowanej grupy T. Nikołajew. Nieoczekiwanie byliśmy zmuszeni wysłuchiwać zarzutów co do opieszałości posuwania się.
– Ruszajcie z czołgami za mną. Ja będę z przodu – rozkazał na zakończenie rozmowy Nikołajew.
Uprzedziłem go, że z przodu są wojska polskie, z którymi w każdej chwili może dojść do starć, dlatego byłoby lepiej, aby nie jechał na czele wojsk, tym bardziej bez ochrony. Ale to moje ostrzeżenie Nikołajew nie wziął pod uwagę i rozkazał swemu kierowcy ruszać. Skończono tankowanie. Gdy wydałem rozkazy pułkom, aby ruszały w kierunku Wołkowyska, do którego pozostawało ponad 100 km, wsiadłem do samochodu, gdzie już byli komisarz Szczukin i przedstawiciel sztabu naczelnego. Kolumny szły za nami.
Przed nami posuwała się straż bojowa. Noc była ciemna. Kropił drobny deszczyk, wiał niesilny, chociaż przeszywający na wylot wiatr, lecz nastrój pozostawał dobrym.
Ujechaliśmy zaledwie 6-7 km, gdy zobaczyliśmy na drodze samochód Nikołajewa otoczony polskimi oficerami, którzy uczynili mu prawdziwe przesłuchanie. Nasza straż – samochody opancerzone, a następnie i mój samochód – podeszła do czoła polskiej kolumny. Zauważywszy nas, kilku oficerów podniosło ręce, dając znak zatrzymać się, i szybko skierowali się w naszą stronę.
Spokojnie wysiadłem z samochodu, popatrzyłem czy nie widać naszych czołgów, które podążały za nami. Słychać było szum, ale zakręt drogi na razie skrywał je. Następnie szybkim krokiem, stanowczo skierowałem się do grupy oficerów, otaczających Nikołajewa. Jeden z nich pół po rosyjsku, pół po polsku ostro krzyknął do mnie: “Ręce do góry, jesteście jeńcami!” Udałem, że nic nie zrozumiałem i poprosiłem powtórzyć po rosyjsku. Musiałem wygrać kilka minut.
Zrozumiawszy mój manewr, starszy lejtnant Gabitow skierował karabiny maszynowe wzdłuż polskiej kolumny. Samochody opancerzone w tym czasie również zaczęły obracać swe wieżyczki i szykować się do wszczęcia ognia.
– Kto jest naczelnikiem kolumny? – spytałem wprost oficera, stojącego najbliżej mnie.
– Ja jestem naczelnikiem. A co wam do tego? – niechętnie i nie od razu, z jakimś lekceważeniem w głosie odpowiedział mi smukły oficer w randze pułkownika.
– Rozkazuję wam natychmiast zwolnić zatrzymanego radzieckiego dowódcę – powiedziałem naczelnikowi kolumny i, nie zwracając uwagi na jego reakcję, odwróciłem się do Nikołajewa ze słowami:
– Proszę was, towarzyszu Nikołajew, przejść do samochodu, sam skończę z nimi rozmowę. A wam, panie pułkowniku, rozkazuję oddać broń, a następnie wydać rozporządzenie swoim podwładnym, aby uczynili to samo.
Póki prowadziliśmy pertraktacje, nasze wozy opancerzone zaczęły przedostawać się zboczem drogi wzdłuż polskiej kolumny po to, aby w razie potrzeby można było działać od razu po całej kolumnie, tym bardziej że lada chwila powinny były nadejść nasze czołgi.
Jak tylko wozy opancerzone przeszły pierwsze 15-20 m, rzucili się do nich polscy żołnierze, niektórzy przygotowali się strzelać do naszych maszyn i żołnierzy.
Wyszedłem naprzód i spokojnie, ale głośnie powiedziałem po polsku: “Stój! Nie strzelać!” Nikt nie odważył się strzelać. Wtedy rozkazałem polskiemu oficerowi natychmiast rozpocząć przekazywanie broni. W tym momencie zza zakrętu drogi uderzył jasny strumień światła i doniósł się ryk silników. To zbliżała się nasza pancerna kolumna.
– Słyszycie? – pokazałem ręką na drogę. – W przypadku niewykonania rozkazu będę zmuszony użyć czołgów. Myślę, że nie ma sensu stawiać opór.
Dość znaczne siły Polaków poddały się bez walki i zostały rozbrojone.
Nikołajew, obserwujący całe to zajście z samochodu, był nieco speszony.
Dalej nasza kolumna poruszała się prawie bez przeszkód. Rano 19 września podeszliśmy do Wołkowyska. W tym czasie znajdowałem się w czołowym czołgu.
Na obrzeżach miasta, obok niziutkiego domku zauważyłem człowieka. Stał za ogrodzeniem i witał nas energicznie machając kapeluszem. Zatrzymawszy czołg, przywołałem go do siebie. Nie zdążyłem o nic zapytać, jak on podbiegł i wesoło krzyknął w języku rosyjskim:
– Dzień dobry, towarzyszu dowódco!
Rozgadaliśmy się. Okazało się, że jest Rosjaninem, z zawodu kolejarzem. Oświadczył, że mieszkańcy miast i wsi, w strachu przed okupacją niemiecką, z nadzieją czekają na Armię Czerwoną.
– Wojsko polskie jest w mieście? – spytałem.
– Wczoraj wieczorem byli, teraz – nie wiem.
Już kiedy wsiadałem do czołgu, krzyknął do mnie:
– A co wy powiecie, towarzyszu dowódco, na temat organizowania robotniczej milicji?
– Działajcie! – odpowiedziałem.
Nie napotkaliśmy w mieście oporu. Ludność, zarówno Polacy, jak i Białorusini, pomimo wczesnej pory, odświętnie ubrani wylegli na ulice. Spotykali nas ludzie różnych zawodów, zatrzymywali maszyny, zasypywali pytaniami. Wiadomość o tym, że na Zachodnią Białoruś weszły wojska radzieckie i niosą wyzwolenie ludziom pracy leciała przed nami.
Serce przepełniała duma z Radzieckiej Ojczyzny, z naszego narodu, z Armii Czerwonej – wyzwolicielki.
Przyjemnie było obserwować na ulicach Wołkowyska i innych miast, jak mieszkańcy obejmowali i całowali naszych zakurzonych czołgistów, artylerzystów, piechurów, jak wszędzie zabrzmiała białoruska i rosyjska mowa i nasze piosenki.
Zatrzymałem czołg na placu naprzeciwko budynku, na którym widniał szyld “Komenda Policji”. Wchodzę tam. Widzę pokój do pełna upchany żandarmami w ciemnogranatowych mundurach i takiego samego koloru konfederatkach.
– Dzień dobry, panowie! – powiedziałem głośno, ale oni milczeli.
Nie zdążyłem jeszcze jak się należy przypatrzeć policjantom, gdy drzwi wejściowe z hukiem się otworzyły i troje uzbrojonych mężczyzn w cywilu wbiegło do środka. Wśród nich poznałem mojego znajomego, którego spotkałem wjeżdżając do miasta.
Rzucili się do policjantów i niezbyt uprzejmie zaczęli ich rozbrajać. Nie przeszkadzałem im. A inicjatora tej sprawy, kolejarza, mianowałem dowódcą robotniczej milicji. Nie minęło i dwu godzin, jak na ulicach miasta pojawiły się patrole z czerwonymi opaskami na rękawach. Robotnicy bez zastanawiania się zabrali się za ustanawianie swej ludowej władzy.
Po wyzwoleniu Wołkowyska otrzymaliśmy rozkaz skierować jednostki pancerne i jedną dywizję kawaleryjską w kierunku Grodna”.
Naocznym świadkiem tego wydarzenia był mieszkaniec Wołkowyska Czesław Różański:
“Posterunek policyjny znajdował się naprzeciwko kościoła garnizonowego w piętrowym ceglanym budynku, który policja wynajmowała u przedsiębiorcy-rzeźnika katolika Sokołowskiego (budynek zachował się do dziś). Mieszkaliśmy tuż obok z kościołem. Kiedy wcześnie rano 19 września matka wyszła na ulicę, to usłyszała jak policjanci między sobą mówili o tym, że wkrótce tu będą Sowieci. Nasz ojciec był na nocnym dyżurze, ochraniał koszary porzucone przez polskich kawalerzystów. Matka przestraszyła się o niego i pobiegła uprzedzić.
Wkrótce obok posterunku zatrzymał się ciężarowy samochód z uzbrojonymi Żydami. Zaczęli zatrzymywać polskich wojskowych i rozbrajać ich – zmuszali zdejmować z siebie amunicję i składać w ciężarówce, na której stał z pistoletem w ręce Żyd o nazwisku Eliasz. Znajdujący się w posterunku policjanci zachowywali się neutralnie i nie wtrącali się. Kiedy samochód był do połowy wypełniony, jeden z rozbrajanych żołnierzy wskoczył na stopień auta, wychwycił z pochwy kindżał i wsadził go w brzuch Eliaszowi. Spłoszeni kolesie Eliasza zaczęli krzyczeć, a żołnierz czmychnął w podwórka i się skrył. Pół godziny później na ulicy pokazały się sowieckie czołgi. Zatrzymały się obok posterunku. Czołgiści zeskakiwali na brukowaną ulicę i w pierwszej kolejności podchodzili do znajdującego się obok hydrantu napić się wody.
Mój przyjaciel Jan Cimoszko zwrócił się do czołgistów:
– Towarzysze! Pokażcie sowieckie pieniądze! – oni wyjmowali monety i dawali chłopcom. Spodobało się nam to i zaczęliśmy prosić u innych, chociaż zgromadzeni tu miejscowi mieszkańcy zwymyślali nas, żebyśmy nie żebrali.
Ale dzieci to dzieci. Dla zabawy tenże Cimoszko niepostrzeżenie postawił na pancerzu jednego z czołgów niedużą pieczątkę przedstawiającą polskiego orła. Najciekawsze, że potem jeszcze raz widzieliśmy ten czołg z fioletową atramentową pieczęcią, jadący w tym samym kierunku i tą samą ulicą. Sowieci ganiali swe czołgi w koło, żeby wydawało się, że jest ich więcej”.
To, że od samego początku bolszewicy starali się zamydlić oczy, potwierdza również mieszkanka Wołkowyska Janina Kurbatowa (Makowiecka), urodzona w 1927 r.:
“Nasza rodzina mieszkała przy ulicy Szerokiej, akurat naprzeciwko kościoła garnizonowego (teraz cerkiew przy ulicy Lenina). Ojciec patrzył, jak Sowieci przechodzili przez Wołkowysk. Opowiadał w domu, że zwrócił uwagę na to, że te same czołgi z jednakowymi numerami chodziły w koło, żeby stworzyć pozór o licznych czołgach Armii Czerwonej. Polacy nie bardzo cieszyli się z przyjścia bolszewików, a Żydzi byli bardzo zadowoleni, kwiatami ich spotykali. W Wołkowysku niektórzy mieli “szczęście” pożyć pod bolszewikami i dlatego nie spodziewali się od nich nic dobrego”.
Wkrótce do Wołkowyska zaczęły przybywać również inne oddziały Czerwonej Armii. W doniesieniu sztabu 3. armii dowództwu naczelnemu czytamy:
“Na podstawie doniesienia dowódcy dywizji Jeriomienki z Wołkowyska oddział pancerny 15. korpusu pancernego przybył do Wołkowyska o 10.00 19 września, a oddział zmotoryzowany 5. korpusu strzeleckiego o 9.00 19 września.
Rano 20 września 15. korpus pancerny swoimi siłami głównymi bez paliwa znajduje się w odległości 10-12 km na zachód od Słonimia, w tym samym rejonie, który zajął jeszcze 18 września. Jeden batalion pancerny, batalion zwiadowczy i oddział zmotoryzowany 2. brygady pancernej do 7.30 20 września znajdował się w Wołkowysku”.
O problemach z paliwem dla techniki wspominał również marszałek Budionny: “Na Białorusi musiałem wozić paliwo dla 5. korpusu zmechanizowanego drogą powietrzną. Dobrze, że tam walczyć nie było z kim. Na drogach od Nowogródka do Wołkowyska 75 procent czołgów stało z powodu braku paliwa. Dowodzący mówił, że może wysłać paliwo tylko na samolotach, a kto zorganizuje? Organizacja tyłów wymaga doświadczonych ludzi”.
Tymczasem przez Wołkowysk w dzień i w nocy szła i jechała Armia Czerwona. O tym, że wśród mieszkańców Wołkowyska, którzy wyszli na ulice miasta spotykać “wyzwolicieli”, najwięcej było żydowskiej młodzieży, żydowskiej biedoty i żydowskich uciekinierów z Polski, wspomina wielu. Opowiada mieszkanka Wołkowyska Anna Żabicka, urodzona w 1924 r.:
“Kiedy do miasta weszła Armia Czerwona, Żydzi, złapawszy się za ręce i uformowawszy kolumnę, poszli ją spotykać, przy tym śpiewali piosenkę “Rascwietali jabłoni i gruszy”. Wielu z nich przyczepiło na piersiach czerwone kokardy”.
Oto jeszcze jedno świadectwo. Wspomina mieszkaniec Wołkowyska, z zawodu lekarz, Edward Oleszkiewicz:
“Armia Czerwona pojawiła się wczesnym rankiem od strony Piasek na ulicy Wileńskiej, gdzie teraz znajduje się ZAGS (urząd stanu cywilnego). Ja z ojcem, trzymającym mnie na rękach, spotykałem nadchodzące wojsko. Szły czołgi, a na nich siedzieli brudni żołnierze. Mieszkańcy spotykali ich kwiatami, rzucali im pudełka z cukierkami. Jak mówił później ojciec, była to przeważnie ludność żydowska”.
Ogólnie rzecz biorąc, ludność żydowska Zachodniej Białorusi przyjaźnie spotykała nową władzę. Żydowski historyk Wajnrib pisał:
“Wielu zaczęło wierzyć, że sytuacja nie będzie taka, jak była w Polsce. Że Rosjanie sami będą żyć i dadzą żyć innym. Nawet zlikwidowanie przedsiębiorstw prywatnych nie wydawało się czymś fatalnym. Wielu Żydów liczyło na to, że znajdą pracę w administracji, w szkołach, w spółdzielniach. To ogólne uczucie wdzięczności i ulgi zrodziło wiele iluzji, szczególnie wśród młodzieży…”.
Armię Czerwoną spotykali nie tylko Żydzi. Wspomina mieszkanka Wołkowyska Tamara Kalinowska (Brzazowska), z zawodu piekarz, urodzona w 1925 r.:
“Ranek 19 września 1939 r. wydał się pochmurny. Mama wyszła na dwór, a do niej biegnie sąsiadka i krzyczy: “Pani Brzazowska! U nas Sowieci!” Mama bardzo się ucieszyła, przecież u nas w domu mówiło się po rosyjsku, i mama miała w Rosji brata i siostrę. Od razu wszyscy zebraliśmy się i poszliśmy spotykać Armię Czerwoną. My z siostrą byłyśmy w mundurkach gimnazjalnych – na berecie emblemat w kształcie książki, a na lewym rękawie – szewron z numerami szkół, u mnie – 329, a u mojej siostry Larysy – 916. Żołnierze jechali na koniach, spotykano ich z kwiatami, ponieważ w tym czasie każdy miał w ogrodzie jesienne kwiaty. W Wołkowysku była podziemna organizacja bolszewików. Teraz jeździli samochodami z czerwonymi opaskami na rękawach”.
Rzecz zrozumiała, że na poprawę życia z przyjściem bolszewików liczyli również prości robotnicy. Jednak nie wszyscy. Wspomina były mieszkaniec Wołkowyska, Wacław Nawrocki, urodzony w 1921 r.:
“Rewolucja październikowa 1917 r. zastała mego ojca w Mińsku, gdzie był stolarzem i mieszkał tam jakiś czas przy Sowietach. Napatrzywszy się na ich porządki, niczego dobrego od bolszewików nie spodziewał się i tym razem”.
Nawet wśród czerwonoarmistów – “wyzwolicieli” było wielu, którzy dobrze rozumieli, co przyniesie tu władza bolszewicka. Wspomina mieszkanka Wołkowyska Regina Szaciłowska, urodzona w 1926 r.:
“W 1939 r., kiedy do miasta weszli pierwsi Sowieci, ja z przyjaciółką pobiegłam na ulicę Szeroką. Jechały tam czołgi. Byłyśmy bardzo ciekawe. Nieopodal kościoła garnizonowego stały żydowskie domki i akurat obok nich zatrzymały się czołgi. Z włazu wylazł czołgista. Bardzo gruba Żydówka podeszła do niego:
– Och! Towarzyszu! Jak dobrze, że przyszliście! Panowie nas zamęczyli! Wyzwólcie nas!
Czołgista brutalnie odepchnął ją, powiedział jakieś niezrozumiałe dla nas słowa i zauważył:
– Po tobie widać, jak was tu męczyli!
A ja przez całą drogę do domu powtarzałam nieznane słowa, żeby nie zapomnieć. Przyszłam i pytam:
– Babciu! Co oznaczają te słowa! – i powtórzyłam, co słyszałam od czołgisty.
– To, dziecko, bardzo brzydkie słowa! Nie powtarzaj tego! – tak po raz pierwszy usłyszałam rosyjskie przekleństwa”.
Wbrew wzmocnionej antypolskiej agitacji radzieckich ideologów, wśród składu osobowego Armii Czerwonej zdarzały się przejawy negatywnych nastrojów z powodu rozpętania wojny przeciwko Polsce. Organy polityczne wyjawiały i w swoich doniesieniach odnotowywały liczne wypowiedzi krytyczne. Tak czerwonoarmistę plutonu oddziału specjalnego 13. korpusu strzeleckiego Krużylina męczyło pytanie: “Na nas nie napadli faszyści, i my cudzej ziemi ani piędzi nie chcemy brać, to dlaczego występujemy?” Czerwonoarmista z 4474. leningradzkiego okręgu wojskowego Makarow uważał, że “Związek Radziecki zaczął faktycznie pomagać Hitlerowi w zagarnięciu Polski. Piszą o pokoju, a w rzeczywistości stali się agresorami. Ludność Zachodniej Ukrainy i Białorusi nie potrzebuje naszej pomocy, a my ją opanowujemy i tylko formalnie informujemy, że nie walczymy, a stajemy w ich obronie”.
Entuzjastycznie spotykano Armię Czerwoną również w tych wsiach, gdzie mieszkała ludność prawosławna. Wspomina były mieszkaniec wsi Dubrowniki rejonu wołkowyskiego, obecnie mieszkaniec Wołkowyska, Adolf Urbanowicz, urodzony w 1929 r.: “W Podorosku Czerwoną Armię spotykali z radością, nawet demonstrację urządzili. Krzyczeli: “Wolność! Wolność!”. A potem zobaczyli, co to za wolność. Bywało po dwie doby w kryminale trzymali, żeby się podpisali na państwową pożyczkę”.
Świadkiem spotykania Armii Czerwonej we wsi Zinowicze, która się ciągnie wzdłuż drogi między wsią Podorosk a miasteczkiem Różany, był niegdysiejszy mieszkaniec sąsiedniej wsi Zieleniewicze Iwan Wiszniewiecki, urodzony w 1922 r.:
“We wsi Zieleniewicze do 1939 r. było 42 gospodarstwa. Na całą wieś był tylko jeden Polak o nazwisku Połajbo, policjant, a i ten był żonaty z Białorusinką. Wszyscy pozostali to Białorusini i rozmawiali po białorusku. Ziemi niebogato mieli: od “parceli”, składającej się z 9 ha, do “pół szestuchy”, co w przybliżeniu 2 ha. “Parcelę” miał tylko jeden gospodarz. Jednak koni trzymali we wszystkich gospodarstwach, oprócz dwóch, gdzie nie było dorosłego gospodarza. Żyli biednie, dlatego wszyscy spodziewali się lepszej doli i te oczekiwania wiązali z przyłączeniem do Sowieckiej Białorusi.
16 września poszedłem z mężczyznami ochraniać w nocy linię łączności, biegnącą wzdłuż drogi Różany-Wołkowysk. Ochranialiśmy ją z rozkazu władz od samego początku wojny. Jako broń miałem ze sobą siekierę, wsadzoną za pas, oraz biało-czerwoną opaskę na rękawie w kolorze polskiej flagi. Zostawili mnie w sąsiedniej wsi Zinowicze na rozstaju dróg, a pozostali mężczyźni rozeszli się dalej wzdłuż drogi. Tu na ruchliwym skrzyżowaniu stał jedyny na kilka okolicznych wsi sklepik Statkiewicza. Wlazłem w stóg słomy, stojący w ogrodzie gospodarza Jurki Szymonowicza, i zacząłem stamtąd obserwować drogę. Gdzieś w połowie nocy od strony Podoroska doniósł się turkot wozów, a wkrótce do sklepu podjechała nieduża kolumna z policjantami. Weszli do sklepu, a chwilę później ruszyli w dalszą drogę w kierunku miasteczka Różany. Jednak nad ranem kolumna wróciła z powrotem. Później dowiedziałem się, że tamtego poranka kolumnę zatrzymali chłopi z Podoroska. W wozach była broń. Policjanci nie chcieli strzelać i rzucili wozy. Rankiem 17 września mężczyźni, co ochraniali łączność, zebrali się na skrzyżowaniu. Wtenczas z sąsiedniej wsi Jaroszewicze do nas podjechało wozem trzech uzbrojonych w karabiny chłopów i przekazali nowinę:
– Chłopcy! Bolszewicy do nas przyszli!
Pozdejmowali z nas opaski, oderwali biały skrawek, a pozostały czerwony pasek materii znowu powiesili na naszych rękawach. Wysłali na trzy strony zwiad z zadaniem obserwować pojawienie się Armii Czerwonej. Tymczasem pod ich kierownictwem zaczęto budować bramę świąteczną, upiększając ją jodłą i czerwonymi flagami. Przyciągnęli z jakiejś chałupy stół, ktoś upiekł bochen. Ogólnie mówiąc, przyszykowali się do spotykania wyzwolicieli. Tylko Czerwona Armia ciągle nie jechała. Narodu ze wszystkich okolicznych wsi zebrało się może nawet kilka tysięcy: od dzieci do starców. Wszyscy w dobrym humorze. Na darmo czekali do samego wieczora, i zmartwieni rozeszli się po domach. Następnego dnia znowu z samego rana tłum zatłoczył skrzyżowanie – i znowu na próżno. Wreszcie trzeciego dnia rano, 19 września, na koniu przyleciał patrolujący i zakrzyczał: “Jadą!”. Po jakimś czasie od strony miasteczka Różany pojawił się jeden jedyny czołg. Z przodu czołgu był zamocowany duży portret człowieka z wąsami. Tak większość z nas po raz pierwszy zobaczyła podobiznę wodza radzieckiego narodu Józefa Stalina. Obok stołu, z chlebem w ręku, stał chłop o nazwisku Gratowski. W imieniu spotykających przygotował się wygłosić wyzwolicielom powitanie, ponieważ był jedynym w całym okręgu, kto umiał mówić po rosyjsku. Czołg z niedużą prędkością przybliżył się do bramy i, nie zatrzymując się, wjechał w nią. Długa lufa już zawisła nad stołem i stojący dookoła tłum, wydając okrzyk zdumienia, był gotów rzucić się do ucieczki. Jednak w ostatniej chwili czołg gwałtownie zahamował i stanął jak wkopany. Otworzył się właz i pojawiła się głowa w pancernym hełmie. Na ziemię jeden po drugim zeskoczyło trzech czołgistów i zgodnie z rosyjskim obyczajem spróbowali chlebnego bochna.
– Niemcy w pobliżu są? – spytali oni ludzi. Niemców nikt nie widział.
Wkrótce pokazała się kolumna, składająca się z czołgów na przemian z samochodami, na których siedzieli czerwonoarmiści.
– Hura! – krzyczeli ludzie stojący na poboczu drogi i przyjaźnie machali żołnierzom rękami. Czasami kolumna zatrzymywała się i chłopi otaczali kołem żołnierzy, którzy zeskoczyli na ziemię. Mężczyźni wymieniali z nimi machorkę i z ciekawością oglądali radzieckie pieniądze.
– Hura! Hura! – do samego wieczora chłopi witali Armię Czerwoną. Wielu dostało chrypki od krzyku, ale nadal krzyczeli zachrypniętymi głosami.
Trzy doby później kolumny radzieckich wojsk pociągnęły się z powrotem – z Wołkowyska na Różany. Ludzie pomyśleli, że Sowietów rozbili Niemcy, i oni zaczęli odwrót. Jednak była to dyslokacja wojska.
Marzenia o lepszym życiu zaczęły się spełniać natychmiast. Komisja, stworzona z miejscowych chłopów, rozdała biedakom majątek jedynego w okolicy ziemianina Romanowskiego. Kto dostał konia, kto krowę, kto świnię, kto inwentarz rolniczy. Bliżej wiosny 1940 r. podzielili ziemiańską ziemię. Nic więcej do podziału nie było. A wkrótce u tych samych chłopów nowa władza zaczęła wyciskać chleb. Z początku rolnicy odpowiedzieli na apel władz i dobrowolnie oddali państwu nadwyżki chleba. Ale okazało się, że tego mało, i ziarno zaczęli zabierać siłą. Zabierali wszystko do czysta, nie pozostawiając nawet na nasiona. I wtedy rolnicy zaczęli chować chleb. Jesienią tegoż roku po zbiorze urodzaju na chłopów nałożono ogromne podatki, których w Polsce nigdy nie płacili”.
Przez Wołkowysk na zachód w dzień i w nocy, nie napotykając żadnego oporu ze strony Wojska Polskiego, przemieszczała się armia radziecka. Tak, 20 września o 4.00 zmotoryzowana grupa 119. Pułku Strzelców przybyła do Wołkowyska, gdzie ją podporządkowano 15. Korpusowi Pancernemu. W 3 km na zachód od miasta zetknęła się z dwoma szwadronami Polaków i, straciwszy jedną osobę, wzięła do niewoli 150 osób.
Do Wołkowyska zaczęły ściągać sztaby armii i frontów. Z pamiętnika działań bojowych 10. armii: “Pierwszy transport sztabu armii z Niegoriełogo przybył do Wołkowyska 21 września o 23.00”.
Tego samego dnia w Wołkowysku spotkali się dowódcy dwu armii-agresorów. W wyniku pertraktacji przedstawicieli niemieckiego dowództwa ze Sztabu Naczelnego i 6. Korpusu Kawaleryjskiego została ustalona procedura wycofywania Wehrmachtu z zajętego przez nich Białegostoku. W tym czasie formacje radzieckiego 6. Korpusu Kawaleryjskiego znajdowały się na linii Brzostowica Wielka-Świsłocz.
Z depeszy nr 21 komisarza ludowego spraw wewnętrznych Białorusi Canawy do swego bezpośredniego przełożonego Ławrientija Berii:
“Oddziały pancerne naszych pododdziałów pod koniec dnia 20 września 1939 r., osiągnąwszy linię Kuźnica, Gródek, wschodni brzeg rzeki Narwa i stacja Żabinka, weszły w kontakt z oddziałami zwiadowczymi niemieckiej armii, uniknąwszy starcia. Po nawiązaniu kontaktu do Wołkowyska i Kobrynia przybyli oficerowie niemieckiego Sztabu Naczelnego w celu spotkania się z dowództwem zgrupowania RKKA i wymiany informacją o miejscu znajdowania się jednostek obydwu armii”. 22 września do Wołkowyska z Mińska przybył pierwszy transport sztabu Białoruskiego Frontu. Sztab 10. armii przeniósł się dalej na zachód – do Białegostoku. Z operatywnego doniesienia nr 14 sztabu armii: “25 września o 12.00 pierwszy transport sztabu armii, a o 12.30 drugi transport, wyjechały z Wołkowyska do Białegostoku.”
Sztab Białoruskiego Frontu w Wołkowysku znajdował się do 30 września.
Białoruskim Frontem, który “wyzwalał” Zachodnią Białoruś, dowodził dowódca armii drugiej rangi Michaił Kowalow. Po tym jak zajęto Wołkowysk on rozlokował się na postój w okolicach wsi Janysze, znajdującej się obok białostockiej szosy, 5 km na zachód od miasta. Opowiada mieszkaniec wsi Janysze Wiktor Piwowarczyk, urodzony w 1922 r.:
“Wtedy, we wrześniu 1939 r., dookoła Janyszy rozmieściły się różne służby Armii Czerwonej. Przenośna piekarnia w ogromnym namiocie wypiekała chleb, który zabierały podjeżdżające samochody. Obok rozmieściła się jednostka medyczna, z której na postój w naszym domu zakwaterowano pięć kobiet. Wieczorem pod dom podjechało auto z jakimś ważnym dowódcą. Spytałem kierowcę któż to do nas zawitał, na co odpowiedział: “Wkrótce sam się dowiesz!” Do domu wnieśli łóżko polowe dowódcy, a wkrótce się okazało, że u nas się zatrzymał sam dowodzący frontem Kowalow. Pobył on tu mniej więcej tydzień i zjawiał się tylko wieczorami, na nocleg. Wtedy nasz dom ochraniali wartownicy z karabinami. Czasami dowódca armii rozmawiał z moim ojcem, wypytywał o to, jak nasza rodzina podczas pierwszej wojny światowej była na uchodźstwie w Rosji, i o życiu za Polski. Pewnego razu przyniesiono mu kupon materiału, kupionego u Żyda w Wołkowysku. Okazało się, że była to zwykła lecz dobrej jakości baja, której prawdopodobnie “wyzwoliciele” w swoich sklepach nie mieli. My cały dzień spędzaliśmy w polu, a w tym czasie w naszym domu rządziły się lekarki. Ponieważ nie umiały, ale zbyt często korzystały z piecyka, on popękał, za co moja macocha była bardzo zła na nie”.
Pół roku później, kiedy zaczęła się wojna z Finlandią, Kowalowa skierowali dowodzić 15. armią. Wedrzeć się do pozbawionej sił i nie stawiającej oporu Sowietom Polski jemu się udało, a kiedy przed nim znalazł się silniejszy przeciwnik, tu z Kowalowem głupio wyszło, wydało się, że walczyć on nie potrafi. Dowódcę armii, który zawiódł zaufanie, Stalin skierował dowodzić Zabajkalskim Okręgiem Wojskowym, gdzie na głębokich tyłach Kowalow przesiedział całą wojnę z Niemcami.
Co do miejscowej ludności, to szybko się przekonała o prawdziwym obliczu “wyzwolicieli” i o tym, co to “władza radziecka”.
Nikołaj Bychowcew
Artkuł pochodzi z internetowego wydania Głosu znad Niemna na Uchodźstwie

2 komentarzy
józef III
18 września 2013 o 16:09jakich “zachodnich obwodów” – to była agresja na polskie województwa wschodnie – “obwody” pojawiły się później !
Nik
29 listopada 2013 o 18:21Perszumi sowetami u nas nazywano sowety pshyshedshye w 1919 r/
Drugimi sowety -“- 1939 r
tsheci -“” – 1944r.
Slyszalem od ednego starushka rze pershe sowety byli smeshne, bo gadali i gadali ne bylo czasu na prace/
druge sowety byli strashne bo stshelali i wysylali.
A naigorshe to tshece sowety. Bo jak pshyshli dyk ne hcom odeisc 🙂