Znajdujemy się w szczególnym momencie – niestety, dosyć przykrym – w którym nawet postronne osoby są w stanie dostrzec rozjeżdżanie się Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie. Czy zwycięży jedność, czy różnice w teologicznej wykładni rzeczywistości polityczno-historycznej?
Pierwszym zastrzeżeniem, które chcę poczynić jest takie oto, że za nieomylnego w Kościele katolickim uznajemy – od czasów Piusa IX – jedynie papieży i to tylko wtedy, gdy przemawiają w sprawach wiary. Jeśli zatem Ojciec Święty – kto by nim nie był – rozprawiałby o tym, jakiej drużynie piłkarskiej warto kibicować, wtedy jego wypowiedź nie ma dla nas charakteru wiążącego.
Tym bardziej nie ma też charakteru wiążącego w sprawach pozateologicznych głos biskupa, zwierzchnika gminy chrześcijańskiej, zwłaszcza, jeśli nie jest on biskupem miejsca. To ostatnie nie odgrywa tutaj roli kluczowej. Ważne, że wraz z sukcesją apostolską nie postępuje sukcesja nieomylności Papieża w jakiejkolwiek formie.
Quibus dictis…
Nie podważając w najmniejszym stopniu nazwania zbrodni wołyńskiej ludobójstwem, pragnę stwierdzić, że nie wolno redukować stosunków polsko-ukraińskich do Wołynia. Czy jedna zbrodnia jest warta więcej, niż jedno wspólne dzieło? Nie mamy takiej pewności i nie możemy racjonalnie powiedzieć, że masakry w latach 1943-45 są cięższe gatunkowo, niż wspólna polsko-kozacka wojna przeciw Turkom w latach 1620-61.
Słyszymy oto dzisiaj, że Donbas jest karą, którą Pan Bóg zsyła na Ukrainę, żeby ta dokonała ekspiacji za Wołyń. A skąd Jego Ekscelencja Mieczysław Mokrzycki – niech to nazwisko wreszcie padnie – to wie? Z objawienia? A jeśli inny biskup dozna objawienia, że unijne kary finansowe nakładane na Węgry są karą za najazd Rakoczego, to czy nie znajdą się – na przykład na Podlasiu – potomkowie zamordowanych, którzy stwierdzą, że tak właśnie jest?
Nie jestem przeciwnikiem objawienia. Uważam jednak, że nie można wymachiwać nim w polityce, bo “coś się komuś roi”. Jezus, wskazując kiedyś na monetę, zapytał faryzeuszy: kto jest na tej monecie? – Cesarz. A więc oddajcie cesarzowi, co cesarskie, a co boskie – Bogu.
Pana Boga nie tyle nie obchodzi, co nie DOTYCZY, kto będzie cesarzem na ziemi. Oczywiście Boża Opatrzność będzie czuwać nad światem, ale wiemy doskonale, że stanowi ona dopiero ostatnią instancję. Wcześniej przychodzi i Attyla, i Czyngis-Chan, i Hitler….
Arcybiskup lwowski zdaje się o tym zapominać i uświęcać politykę kato-endecką. Nie ma uświęcania polityki, nawet najrozumniejszej, a ta akurat do rozumnych nie należy. Można, a nawet należy rozpatrywać politykę w kategoriach moralnych, dążyć do jej udoskonalenia, ba! umieszczać ją w perspektywie eschatologicznej dopóty, dopóki te postulaty pozostaną postulatami.
Ale jest też wymiar inny, teologiczny właśnie. Wiem, że dotykając go, ryzykuję wychylenie się poza nawias wspólnoty chrześcijańskiej. Jednakowoż, występując z argumentami teologicznymi, jako osoba nieduchowna nie popełniam grzechu nieposłuszeństwa…
Przez całą szkołę podstawową, a potem średnią uczono mnie, że Pan Bóg doświadcza nie tych, którym chce dopiec, ale tych, których kocha. Polaków na przykład. Przeżyliśmy ileś nieudanych powstań, Katyń, Wołyń… Nie dlatego, że coś zawiniliśmy, ale dlatego, że Pan Bóg ma wobec nas swój zbawczy plan. Mówiąc po cywilnemu: postrzegamy siebie jako Winkelrieda narodów i w tych cierpieniach odnajdujemy swoje powołanie.
A cóż począć – by odwołać się do źródła – z takim Hiobem? Przecież Stary Testament pisze wyraźnie, że Hiob wobec Pana nie zgrzeszył. Dlaczego zatem Bóg Hioba doświadczył tak okrutnie? Ano właśnie dlatego, żeby dać mu znak swojej miłości.
Być może zatem – nie będę nakrywać nieswojego objawienia własnym – Pan Bóg, doświadczając Ukrainę pokazuje, jak bardzo ją kocha.
Dominik Szczęsny-Kostanecki
