
Moskwa. Fot: Alyona Glukhova/Pexels.com
Jednym z większych sukcesów Rosji w trwającej od czterech lat pełnoskalowej wojnie przeciwko Ukrainie, ale i przeciw demokracji i wolnemu światu, jest rozbicie jedności państw i narodów. Jeszcze do niedawna wydawało się, że w obliczu ataku na suwerenny kraj i zbrodni wojennych wszyscy staną po stronie ofiar i jednogłośnie potępią napastnika. Że masowe groby, zabici staruszkowie, okaleczone nastolatki i martwe niemowlęta to obrazy, jakich nie sposób wymazać z pamięci. Że nie wolno wspierać, a choćby tylko usprawiedliwiać kogoś, kto odebrał wszystko setkom tysięcy ludzi, a miliony pozbawił poczucia bezpieczeństwa.
Można było zakładać się, że jeśli obce wojska przekroczą jakąkolwiek europejską granicę i rozpoczną okupację niepodległego terytorium, cały kontynent stanie zjednoczony przeciwko najeźdźcy. Nawet, jeśli nie ruszy ze zbrojną pomocą, to nikt nie będzie miał wątpliwości, że należy reagować za sprawą sankcji, nacisków politycznych, definitywnego wykluczenia ze światowej wspólnoty, chociażby podczas wydarzeń sportowych czy międzynarodowych przedsięwzięć kulturalnych. Byliśmy pewni, że nikt nie pozwoli, by krzywdzono najmłodszych. Tych jeszcze nienarodzonych, którym nie dane było przyjść na świat, bo w ciąży zabito ich matki. Przedszkolaków, którzy zginęli podczas bombardowania, bawiąc się, z maskotką w dłoni. Nastolatków, którzy mieli całe życie przed sobą, spełniali marzenia, tańczyli, śpiewali, wygrywali konkursy i zawody, pragnąc każdego dnia być coraz lepszymi ludźmi. Dziś spoczywają w grobach, a jeśli dane było im przeżyć, uczą się od nowa chodzić z protezą, nie narysują niczego bez dłoni, nie zaśpiewają, bo strach nie pozwala im wydobyć z siebie głosu.
W krajach, w których politycy mówią, jak ważne jest dla nich życie, byliśmy przekonani, że hasła z przedwyborczych wieców i telewizyjnych debat nie będą pustymi sloganami. A przede wszystkim, że rządzący będą stać po naszej stronie, gwarantując bezpieczeństwo, a nie przebąkując o możliwości układania się z agresorem.
Część z nas Rosja odarła ze złudzeń. Najeżdżając Ukrainę unaoczniła słabość partyjnych deklaracji, bo nagle wśród polityków znaleźli się tacy, którzy postanowili przymknąć oko na ogrom rosyjskich zbrodni. Choć mieli możliwość pozyskania nowych źródeł dostaw energii, woleli pozostać przy gazie i ropie z Rosji, nie zważając na to, że wymieszane są one z ukraińską krwią. Podnosili „konieczność” utrzymania relacji handlowych z Moskwą, niby to w imię dobrostanu przedsiębiorców i rolników zapominając, albo raczej nie chcąc widzieć tego, że każda złotówka, dolar czy cent, które trafiają na rosyjskie konta, mogą zostać wykorzystane do zakupu broni, z której ktoś za kilka lat strzeli do tego samego przedsiębiorcy i rolnika.
Niektórzy obywatele szybko zrozumieli, że każda próba układania się z Rosją jest działaniem na szkodę własnego kraju. Przecierali oczy ze zdumienia i deklarowali, że politycy, stający po stronie Kremla, nigdy nie otrzymają poparcia. Ale jednocześnie Rosjanom udało się bardzo sprawnie stworzyć drugą grupę ludzi, rosnącą z każdym dniem w siłę, zwolenników przedziwnie pojmowanego patriotyzmu, w którym akceptowalną ceną za „ochronę własnych interesów” jest ślepota na zbrodnie.
Wykreowano rzeczywistość, w której wojnę i śmierć zaczęto nazywać kłamstwem, fake newsem, ustawką, propagandą, produktem IA. Co zadziwiające, równocześnie ci sami ludzie, negujący zbrodnie w Irpieniu i Buczy, bezrefleksyjnie powtarzają, że to Ukraińcy mordują rodaków. Dokonują zbrodni, których nie ma.
Ten poziom aberracji nie wymaga logicznego myślenia, dlatego też i żadne argumenty nie są w stanie przekonać wyznawców takich teorii do tego, że dali się komuś ogłupić. Daleko idącą naiwnością jest przyjąć, że ktokolwiek, kto raz uwierzył w światową zmowę, mającą na celu oddanie Polski Ukraińcom i Żydom (antysemityzm zawsze się dobrze sprawdza w przypadku teorii spiskowych) i odebranie nam suwerenności przez Brukselę (przekupioną przez rzeczonych Ukraińców i Żydów) jest gotów rozważyć, że może nie mieć racji.
Narracja, jakiej hołdują zwolennicy takich opowieści, jest równocześnie prosta i rozbudowana. Prosta, bo musi operować nieskomplikowanymi schematami, które odwołują się do emocji, a nie rozsądku, żerują na prymitywnych, odziedziczonych po zwierzęcych przodkach instynktach, które każą walczyć lub uciekać – bez chwili namysłu. Rozbudowana, ponieważ im więcej przedziwnych powiązań i zależności zostaje nakreślonych, tym bardziej sensowna wydaje się opowieść o próbie zawładnięcia światem, przed którą może nas uchronić tylko Moskwa.
Rosja kreowana jest tu na ofiarę zmowy, gejropy, zazdrośników, którzy nie mogli patrzeć na to, że znaczną część globu obejmuje doskonale rozwijający się kraj hołdujący tradycyjnych wartościom, walczący z nacjonalizmem, LGBT, narkomanią. I nie ma przy tym znaczenia, że w 2019 roku w tej konserwatywnej Rosji na 1 000 urodzeń dokonywano 351 aborcji. W tym samym czasie w Niemczech 130. Jeśli nawet w kolejnych latach liczba takich zabiegów malała, nie wynikało to ze zmiany poglądów kobiet, ale z ograniczeń w dostępie do lekarzy, którzy je wykonują. Natomiast wraz z pełnoskalową wojną zainteresowanie przerywaniem ciąży ponownie wzrosło, bo Rosjanki boją się mieć dzieci w tak niepewnej sytuacji. Jak wiele dokonuje dziś aborcji? Tego nie wiemy, bo liberalna i wolnościowa Rosja od 2025 roku zaniechała publikowania statystyk ludności. Żeby za dużo nie było widać.
Zanim to jednak nastąpiło, „Komsomolskaja prawda” podawała, że pierwszej połowie 2024 roku w Rosji zawarto 360 000 małżeństw i przeprowadzono 318 000 rozwodów. Rozpadało się tam siedem spośród dziesięciu związków małżeńskich. Więcej tylko w Kazachstanie i na Malediwach. Jest to kolejna kwestia, nad którą nie zastanawiają się ci, którzy są przekonani, że Rosjanie na pierwszym planie stawiają rodzinę – inaczej, niż lewicowy Zachód.
Zwolennikom moskiewskiej „wolności” nie przeszkadza też, że przejawia się ona w powszechnym dostępie do narkotyków – według szacunków 6% obywateli Rosji jest od nich uzależnionych. Ponadto w latach 2023–2024 odnotowano tam dziesięciokrotny wzrost ilości skonfiskowanej kokainy. O skali produkcji syntetycznych stymulantów trudno nawet mówić, ale szacuje się, że Rosjanie kontrolują obecnie 93% „światowego rynku” w tym zakresie.
W Federacji Rosyjskiej na wysokim poziomie utrzymuje się przestępczość, a wojna tylko pogarsza sytuację. Tam, gdzie stacjonują żołnierze, choćby w obwodzie biełgorodzkim, wzrosła liczba gwałtów, zaliczanych do najcięższych przestępstw. W sumie w 2023 roku w kraju wszczęto ponad 579 000 postępowań karnych w sprawie ciężkich i szczególnie ciężkich przestępstw, a ich liczba wzrosła przede wszystkim w Moskwie i na pograniczu Ukrainy. I wcale nie trzeba było „sprowadzać uchodźców”, aby kobiety zaczęły bać się o własne bezpieczeństwo. Straszenie migrantami, jako sprawcami ludzkich tragedii, nie jest Rosjanom potrzebne. Mogą bać się swoich rodaków.
Ci są też coraz częściej nosicielami wirusa HIV, do czego w dużej mierze przyczyniła się wojna. Nikt już nie bada żołnierzy na jego obecność, podobnie jak nie wykrywa się wirusa żółtaczki czy innych chorób zakaźnych. Ilość, nie jakość, odgrywa pierwszoplanową rolę na froncie, a jak podaje Wadim Pokrowski, kierownik wydziału epidemiologii AIDS, do 2030 roku liczba nowych zakażeń HIV w Rosji może wzrosnąć do 660 000. Rocznie.
Ile w tym czasie zostanie wypite alkoholu trudno powiedzieć. Jak donosił „The Moscow Times” w 2023 roku w kraju kupiono 2,3 miliarda litrów wysokoprocentowych trunków. Rok później 108,5 mln dekalitrów. 42% obywateli ma problemy związane z alkoholem.
I taka oaza tradycji, porządku, prawa, wiary i moralności stawiana jest dziś w opozycji do Zachodu, zdeprawowanego, niebezpiecznego, w którym rozpadają się więzi rodzinne i społeczne. To, że Rosjanom udało się do tego stopnia omamić ludzi mających nieograniczony dostęp do informacji, jest naprawdę ogromnym osiągnięciem. Nic więc dziwnego, że wielu przekonano też do tego, że Unia Europejska to zło i to z wyboru polityków, którzy rozbijają jedność kontynentu od środka.
Słowacja wstrzymała właśnie awaryjne dostawy prądu na Ukrainę, co miało być odpowiedzią na zaprzestanie transportu rosyjskiego surowca ropociągiem „Przyjaźń”, zniszczonym przez Rosję. Przypomnijmy, że Słowacja jest obok Węgier jednym z dwóch państw UE, które pozyskują węglowodory z Rosji, choć mogłyby korzystać z innych źródeł. Dodajmy też, że w obu kreuje się Ukrainę na wroga, zwykle stawiając ją w jednym rzędzie z Brukselą. Od lat antyunijność bywa zrównywana z antyukraińskością i jest to problem całej UE. Choć dziś Kijów jest głównym wrogiem Orbana, to możemy spodziewać się, że analogiczną narrację usłyszymy już wkrótce w Polsce. Tutaj też zbliżają się wybory.
Nie wiemy, czy, a jeśli tak, w jakim stopniu, taki przekaz odzwierciedla nastroje społeczne. Słowacka opozycja reaguje ostro na poczynania Roberta Ficy, mówi wręcz o otwarciu, wespół z Orbanem, zachodniego frontu przeciw Ukrainie. Co o tym sądzą Słowacy? Co myślą o rządzących Węgrzy? I czy naprawdę Polacy są gotowi poświęcić swoje bezpieczeństwo głosując za wyjściem z Unii Europejskiej i powtarzając, że Rosjanie to bracia?
Internet nie daje nam odpowiedzi na takie pytanie. Nie potrafimy odsiewać botów, generujących większość ruchu w sieci, od ludzi. Stąd wrażenie, że postawy skrajne, prorosyjskie, antyzachodnie rosną w siłę. Człowiek, jako zwierzę stadne, czuje się wyobcowany prezentując inne, wydaje się, że niepopularne poglądy – sprzeciw wobec Rosji, zmęczenie określonymi postawami polityków, sympatię wobec Ukrainy. Przytłoczeni skrajnie odmiennymi komunikatami boimy się powiedzieć, co tak naprawdę myślimy i kogo popieramy. To sprawia, że wiele osób rezygnuje z udziału w wyborach, nabierając przekonania, że należą do mniejszości i niczego nie zmienią. Polaryzacja społeczeństw, małe wojny, które trwają od dawna w rodzinach i między sąsiadami sprawiły, że utraciliśmy poczucie bezpieczeństwa i stabilności, będące jedynymi z filarów demokracji. Wątpimy, że mamy jeszcze na cokolwiek wpływ i zaczynamy wierzyć, że nasi oponenci tak urośli w siłę, że nie mamy już nic do gadania, po czym zamykamy się w domach, próbując obronić ten ostatni bastion, nad którym mamy jeszcze kontrolę. Zapominając, że stracimy ją, jeśli do władzy dojdą siły przychylne Moskwie.
Przyjęliśmy, że za każdą kpiną z ludzkiego cierpienia stoi człowiek, tym samym dając się uwieść sieci botów, trolli i zwyczajnych głupców, którym kibicuje Rosja i wspiera ich, aby każdego dnia zasiewali ziarna zwątpienia, odbierali nam odwagę i dzielili państwa i narody, bo tylko nad takimi Kreml będzie mógł bez trudu zapanować.
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 4 (488) Kuriera Galicyjskiego, 27 lutego – 16 marca 2026










1 komentarz
Enricco
28 lutego 2026 o 11:54Tak jak środowisko naturalne posiada zdolność do samooczyszczania, tak społeczeństwo cywilizacyjne oczyszcza się od plemion barbarzyńskich.