
Collage: Kresy24.pl
Putin można do woli ogłaszać „tworzenie nowych armii”, rozwiązywać brygady i formować w ich miejsce dywizje, ale łączna liczba żołnierzy się od tego nie zwiększy.
Bez ogłoszenia powszechnej mobilizacji rosyjskie władze nie są w stanie skompletować wystarczających sił, by realnie zmienić sytuację na polu boju – ocenia ukraiński ekspert wojskowy Konstantin Maszowiec. Według niego, tworzone obecnie w Donbasie „nowe rosyjskie dywizje” to bardziej działanie na postrach, niż realne zwiększenie siły bojowej.
Całe rosyjskie zgrupowanie walczące na Ukrainie liczy teraz 610-630 tys. żołnierzy i w zależności od sytuacji zmienia się to w jedną lub drugą stronę najwyżej o 50 tys. Rosyjskie dowództwo stara się na bieżąco uzupełniać stary w ludziach, ale nie jest w stanie zwiększyć liczebności – dopływ ochotników jest niewielki, mimo obietnicy wysokiego wynagrodzenia.
Rosjanom nie udało się osiągnąć planowanej na koniec 2024 roku liczebności na poziomie 730-750 tys. żołnierzy walczących na Ukrainie. Ciągle brakuje 100 tys. W tym roku Putin polecił zwiększyć całą rosyjską armię o 320-340 tys. i zapewne z tej puli na front pojedzie wspomniane brakujące 100 tys. – przewiduje ekspert.
Jego zdaniem, nie będzie to jednak możliwe bez uruchomienia rezerw strategicznych i ogłoszenia powszechnej mobilizacji, chociaż formalnie do dziś nie odwołano przecież poprzedniej „mobilizacji częściowej”.
Kreml bardzo jednak boi się to zrobić, gdyż zdaje sobie sprawę, że gospodarcze i społeczno-polityczne skutki powszechnej mobilizacji będą dla kraju tragiczne, nie mówiąc już o niskiej jakości pozyskanego pod przymusem wojska.
Według eksperta, nawet jeśli Putinowi uda się rzucić do walki dodatkowe 100 tys. żołnierzy, to i tak nie zmieni to sytuacji strategicznej. Przy obecnej liczebności rosyjskie zgrupowanie praktycznie stoi w miejscu i nie jest w stanie zdobyć większych terenów, więc co zmieni dodatkowe 15%?
Jeśli do zajęcia tak małych ośrodków jak Awdijiwka, czy Toreck trzeba było poświęcić po 30-40 tys. żołnierzy, nie mówiąc już o rosyjskich stratach pod Bachmutem, czy Pokrowskiem, które były jeszcze większe, to ile trzeba wysłać wojska, by zdobyć tak ogromne aglomeracje jak Słowiańsk-Kramatorsk, Sumy, czy Charków lub skutecznie sforsować Dniepr? – pyta analityk.
Jego zdaniem, również ogłoszone właśnie przez Rosję tworzenie „nowych dywizji” w Donbasie to głównie działanie na postrach. W obu stacjonujących tam rosyjskich armiach ogólnowojskowych (dawnych korpusach DNR i ŁNR) – 3-ciej i 51-ej mają być po trzy takie dywizje zmotoryzowane, które powstaną w miejsce obecnych brygad, które są rozwiązywane.
Zgodnie z planem, w każdej z tych dywizji mają być po 4 pułki piechoty: 2 szturmowe i 2 obronne, 1 pułk artylerii samobieżnej plus zaplecze logistyczne. Skompletowano już nawet szkielet oficerski tych formacji, ale zwykłych żołnierzy ilu było – tylu zostało bo nie bardzo jest ich już skąd tam brać.
Określenie „dywizje zmotoryzowane” jest zresztą zdecydowanie naciągane. To zwykła piechota – jej wyposażenie w sprzęt jest słabe. Brakuje jej też czołgów i dział, więc zapewne w każdej z tych dywizji zamiast pułku czołgów będzie tylko batalion pancerny, a zamiast pułku artylerii – dywizjon.
Można więc ocenić, że jest to nie tyle „formowanie nowych dywizji”, co przekształcenie dotychczasowych korpusów armijnych i brygad separatystów w nową strukturę, bez zasadniczego zwiększenia ich liczebności. Na papierze będzie to wyglądać groźnie, ale w rzeczywistości – jak zwykle – podsumowuje ekspert.
Zobacz także: Stracili cały korpus pancerny! Dowódca NATO ocenił, czy Ukraina przegra wojnę.
KAS
Dodaj komentarz
Uwaga! Nie będą publikowane komentarze zawierające treści obraźliwe, niecenzuralne, nawołujące do przemocy czy podżegające do nienawiści!