
Władimir Łaktiuszyn/Fot: Facebook.com
Miało być bohaterstwo, szybka kariera i medialny rozgłos. Skończyło się znacznie szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Rosyjski polityk i twórca ruchu „Tygrysy Ojczyzny”, Władimir Łakciuszyn, zginął zaledwie 10 dni po podpisaniu kontraktu – nie zdążył nawet dotrzeć na linię frontu.
Według informacji pojawiających się w rosyjskich kanałach Z, kluczowy okazał się nie przypadek, a… nadmiar aktywności w sieci. Łakciuszyn chętnie relacjonował swoją „wojenną przygodę”: publikował drogę do komisji wojskowej, udzielał wywiadów i – jak się okazało – ujawnił również dokument wskazujący dokładne miejsce szkolenia.
Wkrótce potem to miejsce przestało istnieć, „coś” bardzo precyzyjnie tam doleciało.
Jak ironicznie zauważają nawet prorosyjskie źródła, publiczne dzielenie się takimi informacjami znacząco ułatwia przeciwnikowi identyfikację celów. W tym przypadku – tragicznie skutecznie. Łakciuszyn nie zdążył nawet powąchać prochu, zrobić relacji z frontu, a jego historia zakończyła się na etapie szkolenia.
Jeszcze kilka lat temu budował swój wizerunek jako lider młodzieżowego ruchu „Tygrysy Ojczyzny” – młodzieżówki nacjonalistycznej partii Rodina, założonej w 2003 roku przez Dmitrija Rogozina, którego członkowie określali się mianem „prezydenckiego specnazu”. Nazwa miała symbolizować siłę i lojalność – inspirowaną amurskimi tygrysami, ulubieńcami Władimira Putina, a jednocześnie była skrótem od hasła: „Tradycja. Imperium. Państwo. Ojczyzna”.
wa/facebook.com/belsat.ru










Dodaj komentarz
Uwaga! Nie będą publikowane komentarze zawierające treści obraźliwe, niecenzuralne, nawołujące do przemocy czy podżegające do nienawiści!