Rosja wprowadza coraz więcej nowych ograniczeń i coraz bardziej izoluje się od świata. Ograniczenia, zakazy i blokowanie mediów społecznościowych to jeden ze sposobów izolowania państwa. Obecnie trwa kolejna fala czystek informacyjnych. Ciekawego wywiadu w tej sprawie udzielił agencji UNIAN Iwan Tymoczko, przewodniczący Rady Rezerwistów Wojsk Lądowych Sił Zbrojnych Ukrainy.
W Rosji blokowane są obecnie Telegram, YouTube i WhatsApp. Czy może to oznaczać odcięcie alternatywnych kanałów komunikacji? Po pierwsze, dlaczego? Po drugie, czy może to być oznaką nowej fali mobilizacji? Oznacza to, że odcięcie wszystkich tych kanałów komunikacji, komunikatorów, mniej informacji zarówno w nich zamieszczanych, jak i czytanych.
Rosjanie w każdym razie przeprowadzają powszechną mobilizację. Jest ona podzielona na dwa etapy. Pierwszy to bezterminowy pobór do służby terminowej i całoroczny pobór. Drugim etapem jest powołanie rezerwistów, zgodnie z ich deklaracjami, do ochrony obiektów wojskowych. Zdajemy sobie sprawę, że wszyscy rezerwiści, których już mieli, zostali już wykorzystani na froncie.
Oznacza to, że każdy Rosjanin napotkany lub zatrzymany przez odpowiednie organy, struktury i osoby upoważnione, może zostać uznany za rezerwistę.
Jeśli chodzi o media społecznościowe, dążą do kilku celów. Doskonale zdają sobie sprawę, że wielu rosyjskich obywateli o nastrojach protestacyjnych utworzyło grupy w sieciach takich jak Telegram i WhatsApp i udało im się zbudować sieć, aby na przykład zminimalizować ryzyko wykrycia przez FSB.
Drugą kwestią jest komunikacja wewnętrzna w rosyjskim społeczeństwie i dostęp do informacji zewnętrznych. Rosjanie są mniej skłonni do samoorganizacji za pośrednictwem mediów społecznościowych i angażowania się w masowe protesty niż na przykład Ukraińcy, a nawet obywatele Iranu.
Jednocześnie, w przypadku masowej mobilizacji, rosyjskie siły bezpieczeństwa prawdopodobnie ograniczą korzystanie z mediów społecznościowych w jednostkach wojskowych i ośrodkach szkoleniowych. Ma to na celu uniemożliwienie poborowym koordynacji między sobą i interakcji ze światem zewnętrznym, zwłaszcza w przypadku ukraińskich inicjatyw, takich jak programy oddawania się do niewoli.
Jednak FSB posunęła się o wiele dalej i jest bardziej przebiegła. Zamiast korzystać z sieci społecznościowych, jak je nazywają, „toksycznego Zachodu”, oferują i tworzą własne. Innymi słowy, zapewniają ludziom alternatywne sieci społecznościowe, aby stopniowo ich do nich wciągać. Nawet jeśli dawne społeczności protestujące spróbują ponownie nawiązać koordynację na tych platformach, ich działalność stanie się znacznie bardziej transparentna dla służb bezpieczeństwa. Oznacza to, że rosyjska FSB znajdzie dodatkowe możliwości identyfikacji protestujących obywateli i analizy ich zachowania.
To w istocie dość poważne, strategiczne podejście wroga, który izoluje się i zamyka się od wewnątrz. Cel? Najprawdopodobniej wojna z niektórymi krajami europejskimi, bałtyckimi lub nordyckimi. Zminimalizowanie wycieków informacji, wpojenie w rosyjskim społeczeństwie przekonania, że „wokół nas są tylko wrogowie, jesteśmy tu zamknięci w twierdzy i musimy z nimi walczyć”. Dostrzeżenie realnych, codziennych niepokojów społecznych.
Dlatego nie chodzi po prostu o „zamykamy się” lub „jesteśmy tak głupi, że porzucamy określone sieci społecznościowe”. Nie, oni natychmiast narzucają swoje. To dość zaplanowane, systematyczne, wykalkulowane i długo przygotowywane działanie. To poważne wyzwanie.
Innym pytaniem jest, jak bardzo wpłynie to na rosyjską armię. Będzie miało to wpływ przez jakiś czas, ponieważ używali Telegramu i Starlinka do koordynacji wojsk i jednostek na poziomie taktycznym, dowodzenia, wyznaczania punktów uderzeniowych i współpracy między sąsiadującymi jednostkami. Ale ostatecznie zastąpią to wszystko.
Czy zatem wszystkie te blokady mogą oznaczać przygotowania do ataku na inne kraje europejskie?
Do wojny. Przykładem są tu ćwiczenia Zapad-2025, które Rosja ćwiczyła jako scenariusz działań wojennych przeciwko państwom europejskim. Odbyły się one na Białorusi – w praktyce na granicy z Europą Wschodnią, wschodnią flanką NATO i państwami bałtyckimi. Rosja przeprowadziła jednocześnie podobne ćwiczenia morskie na Morzu Bałtyckim i Atlantyku.
Daje to podstawy do spekulacji, przeciwko komu ćwiczono te scenariusze: przeciwko krajom nordyckim, skandynawskim i bałtyckim – państwom Starej Europy, że tak powiem. Rosyjskie drony zaczęły pojawiać się w Europie. Wojna jest więc już zaplanowana. Proces przygotowań, skalowania i rozwoju.
Jakie mogą być kolejne oznaki tego zwrotu w stronę wojny? Teraz media społecznościowe, ale co może się wydarzyć dalej?
Wszystko wskazuje na wojnę. Zamierzają urobić rosyjskie społeczeństwo, sugerując niektórym: „zamiast was pójdą służyć rezerwiści”. Poborowym powiedzą: „Jako poborowi nie pójdziecie na wojnę”, ale będziecie służyć w granicach, które Rosja uznaje za swoje, czyli w tych ukraińskich regionach, które wpisali do swojej pseudokonstytucji. Co więcej, powiedzą im: „I tak idziesz na wojnę, tam będziesz na wojnie. Śmiało, podpisuj kontrakt, przynajmniej coś zarobisz”.
A jednocześnie wykorzystają każdą okazję, aby przeprowadzić spis ludności rosyjskiej. Wszystko to są etapy przejścia do wojny na dużą skalę, nie tylko z Ukrainą, ale i z krajami europejskimi.
Wracając do tematu mobilizacji. Czy możemy oszacować rosyjski niedobór żołnierzy w ich armii? Ilu ich jeszcze by chcieli?
Putin, na mocy swoich rozkazów, zwiększył założoną liczebność armii rosyjskiej do 2,2 mln. Obecnie zrekrutowano 1,8 mln żołnierzy, wliczając w to wszystkich wojskowych i urzędników państwowych. 700 tys. wysłali na Ukrainę. Oznacza to bezpośredni niedobór 400 tys. żołnierzy.
Innym problemem jest to, że z tej założonej liczby rozmieścili na Ukrainie 700 tys. To szczyt ich możliwości. Jakąś część sił są zmuszeni utrzymywać w Rosji ze względów logistycznych i do obrony swoich obiektów. Nawet „Rostechu”. Rosyjski przemysł zbrojeniowy obejmuje 7 tys. obiektów. One również muszą być chronione i zabezpieczone. Rosja to rozległe terytorium i tam również jest dużo pracy; nie mogą zabrać więcej żołnierzy.
Widzimy również inny problem – skalę strat. Można śmiało powiedzieć, że armia rosyjska znajdzie się w kryzysie, jeśli na froncie zginie 50 tys. lub więcej żołnierzy, a jednocześnie zostanie zniszczona infrastruktura na tyłach Rosji.
Aby zrekompensować te straty i przywrócić sytuację przynajmniej do stanu dopuszczalnego, potrzebna byłaby powszechna mobilizacja. Nie mogą jej jednak przeprowadzić, ponieważ obawiają się koncentracji dużej liczby ludzi w jednym miejscu – mogłoby to mieć nieodwracalne konsekwencje dla dyktatury Putina. Ponieważ jednak nadal chcą zmuszać Rosjan do służby wojskowej tajnymi środkami, najlepszym rozwiązaniem są kontrolowane środki komunikacji.
Czy rosyjskie władze wymyślą nowe sposoby zachęcania obywateli do służby, jeśli unikną otwartej, masowej mobilizacji?
W rzeczywistości już przeprowadzają przymusową mobilizację, ale rozbijają ją na elementy, czyniąc ją mniej zauważalną dla przeciętnego Rosjanina. Niektórym tłumaczą, że poborowi idą do regularnej służby, a nie na wojnę; innym mówią, że rezerwiści są rzekomo powoływani tylko do ochrony obiektów; żołnierze kontraktowi są przedstawiani jako ci, którzy dobrowolnie podpisali umowy i świadomie poszli na front.
W rzeczywistości to właśnie te trzy elementy składają się na rozbitą mobilizację powszechną.
Czy Rosjanie nadal będą dawali nabierać się tylko na pieniądze?
Będą. Nabiorą się na wszystko. W końcu Putin, od momentu dojścia do władzy, a nawet od przemówienia na konferencji monachijskiej, jasno stwierdził, że potrzebuje zmiany w układzie sił, a Rosja przygotowuje się do wojny. Oznacza to, że przez 25 lat kształtował rosyjskie społeczeństwo właśnie pod te potrzeby.
A może zdarzy się cud, że całe rosyjskie społeczeństwo w końcu się zbuntuje?
Nie. Elity mogą się zbuntować, ale społeczeństwo nigdy. Elity są już na krawędzi buntu.
Opr. TB, UNIAN











1 komentarz
TL
12 lutego 2026 o 21:23jak musi byś ofajdany zbrodniarz putin, że już do tego się posuwa wobec kacapskich niewolników