Sybir rodziny Leśniaków…

31 grudnia 2014

Krótkie wspomnienia dotyczące losów rodziny Leśniaków spisane przez Franciszka, przedostatniego spośród rodzeństwa i ostatniego jeszcze żyjącego[1]

Franciszek Leśniak (1928 - 2013)

Franciszek (1928 – 2013)

Wspomnienia opublikowane w Zeszytach Odrzykońskich.Leśniak 4

Smutno, smutno jest Polakom

W syberyjskich tajgach żyć

Do ojczyzny wrócić trudno

Przyjdzie się nam w tajgach zgnić

Ach jak smutno nam Polakom

W Syberyjskich tajgach żyć

(fragment pieśni syberyjskiej)

 

Rodzina Leśniaków pochodzi z miejscowości  koło Krosna w woj. Podkarpackim. Mój ojciec, Józef Leśniak urodzony w Odrzykoniu prawdopodobnie w roku 1884, zmarł w roku 1942 na Syberii, o czym będzie w dalszej części. Moja matka, Zofia Leśniak z d. Kuś, urodzona w Odrzykoniu prawdopodobnie w roku 1892 zmarła w roku 1944 na Syberii.

Rodzeństwo według urodzenia:

– Maria z d. Leśniak, urodzona w Odrzykoniu w 1913 roku, zmarła w Nehrybce koło Przemyśla i tam jest pochowana;

– Zofia Leśniak, urodzona w 1923 roku w Odrzykoniu, zmarła na Syberii w roku 1945;

– Stanisław Leśniak, urodzony w 1923 roku w Odrzykoniu, zmarł w 1998 roku w Coventry w Anglii i tam jest pochowany;

– Adam Leśniak, urodzony w 1925 roku w Miżyńcu (powiat ), zmarł na Syberii w 1944 roku w okolicy Tary;

– Franciszek Leśniak, urodzony w 1928 roku w Miżyńcu, jeszcze żyjący i piszący niniejsze wspomnienia;

– Józefa Kindlik z d. Leśniak, urodzona w 1931 roku w Miżyńcu, zmarła w 1991 roku w Nehrybce i tam jest pochowana.

Mój ojciec Józef Leśniak urodził się w Odrzykoniu „Pod Lasem”. Dom jeszcze stoi i mieszka w nim Jan Urbanek z rodziną, którego matka Zofia była córką siostry mojego ojca. Druga siostra ojca wyjechała do USA i tam wyszła za mąż za Kazanowskiego pochodzącego z okolic Gorlic. Ojciec zawarł związek małżeński z matką jeszcze przed I wojną światową, zbudował dom na parceli, którą otrzymała matka, naprzeciwko domu Kusiów, po drugiej stronie drogi.

W rodzinnym domu matki pozostał jej brat, Józef Kuś z rodziną i matką mojej matki czyli moją babcią. Rodzina matki była dość liczna. Bracia matki to:

– Franciszek Kuś, – Stanisław Kuś, – Józef Kuś. Siostry mojej matki czyli moje ciotki to: – ciotka Łachowa, – ciotka Haniebniczka, – ciotka Karolina Panasiowa. Imion ciotek Łach i Haniebnik nie pamiętam, należałoby pojechać do Odrzykonia i zobaczyć w parafialnych księgach metrykalnych.

Tu należy dodać, że przed odrzykońskim Kościołem stoi pomnik, z nazwiskami tych, którzy zginęli w czasie II wojny światowej. Jest tam również zapis „Leśniak Józef z rodziną”. Należy przypuszczać, że związek małżeński rodzice zawarli prawdopodobnie w 1912 roku.

W 1914 wybuchła I wojna światowa i ojciec został zmobilizowany do armii austriackiej (Odrzykoń był pod zaborem austriackim w tzw. Galicji) i skierowany na front włoski. Po wojnie ojciec wrócił do domu i zaczęło się zwyczajne, wiejskie życie niezamożnej rodziny. Skromny kawałek ziemi nie mógł dać utrzymania powiększającej się rodzinie, dlatego ojciec poszukiwał lepszych możliwości. Nadarzyła się okazja, bo w miejscowości Miżyniec księżna Lubomirska sprzedawała część swoich posiadłości. Mój tatuś ( bo tak wszyscy w domu mówiliśmy) ze swoim stryjecznym bratem Józefem Szafranem kupili – tatuś 9 mórg ziemi w jednym kawałku otoczonym naturalnymi granicami tj. szosą z Przemyśla do Sambora i rzeką. Zarówno szosa, jak i rzeka tworzyły dwa półkola. Natomiast stryjek Szafran kupił 22 morgi ziemi po prawej stronie szosy. Po dokonaniu transakcji i załatwieniu formalności prawnych, tj. kontraktowych ojciec zdecydował się na ogromny wysiłek, polegający na tym, że w Odrzykoniu rozebrał budynki i przewiózł je do Miżyńca i tu zbudował ponownie. Wiadomo, że związane było to z ogromnym wydatkiem finansowym, więc zaciągnął kredyt w banku lwowskim. Do wybuchu II wojny światowej kredyt został spłacony.

Najgłówniejszą rolę w domu pełniła mamusia, to ona głownie zajmowała się gospodarstwem i wychowywaniem siedmiorga dzieci. Ojciec, owszem, pomagał matce, ale dużo czasu poświęcał na prace społeczne w Kasie Stefczyka, w Kółku Rolniczym i w Gminie, gdzie przez trzy lata, do 1 września 1939 roku, tj. do wybuchu II wojny światowej, pełnił funkcję wójta dość rozległej gminy Miżyniec. Często wyjeżdżał do Przemyśla na posiedzenia Zarządu Ziemskiego.

Wszyscy pomagaliśmy w gospodarstwie i nie było mowy o jakimkolwiek sprzeciwie dzieci wobec decyzji rodziców. Atmosfera  w rodzinie  była serdeczna, wszyscy kochaliśmy i szanowaliśmy rodziców i odwrotnie. Na wiosnę 1939 roku najstarsza siostra Maria wyszła za mąż za Franciszka Drozda – wdowca z trójką małych dzieci: Janek – 5 lat, Krysia – 3 lata i Józio – 1, 5 roku. Dzisiaj sobie w pełni uzmysławiam jak bardzo poświęciła się wychodząc za mąż i idąc do szwagra w Komarnicach, gdzie byli jeszcze rodzice szwagra, brat i siostry.

Druga z kolei siostra, Kazia w czasie wakacji 1939 roku, wyjechała do Kielc do wuja Jana Jurasza, aby opiekować się ich dzieckiem. Wujek był dyrektorem szkoły w Kielcach, a jego żona miała hurtownię wyrobów tytoniowych. 1 września 1939 roku wybuchła wojna i siostra już do domu wrócić nie mogła. W ten sposób Marysia i  Kazia uniknęły Sybiru.

Wybuch wojny  spowodował ucieczkę ludności cywilnej na wschód przed Niemcami, którzy dopuszczali się barbarzyńskich mordów i prześladowań. Uciekł też wujek Jurasz i zamieszkał u  nas.

Potężna hitlerowska machina wojenna przewaliła się pod , a po kilku dniach wycofała i w naszym rejonie, tj. w Przemyślu zatrzymała się za rzeką San. Natomiast na miejsce wojsk niemieckich wkroczyła armia bolszewicka, a rzeka San stała się granicą między agresorami i zaborcami równocześnie. Wrześniowa wojna obronna Polski zakończyła się klęską i nastał ponury okres niewoli. Wtedy to zaczęło się straszenie, gnębienie i prześladowanie ludności polskiej.

Powracali do domu rozbrojeni żołnierze polscy i aby ułatwić sobie powrót, wstępowali do polskich domów nie tylko, aby się posilić o odpocząć, ale głównie po to, by mundur zmienić na ubranie cywilne, bo to pomagało w dalszej podróży jako cywilom. W ten sposób unikali zatrzymania przez milicję ukraińską, która brutalnie ich traktowała. Tym sposobem u nas w domu wydaliśmy wszystkie cywilne łachy, a zostało kilka mundurów.

Po wkroczeniu bolszewików zaczęły się częste rewizje w domu, ponieważ poszukiwali broni i amunicji, ale tego nie było. Ojciec zabrał z gminy ważniejsze dokumenty, które były drobiazgowo kontrolowane, jednak żadnych nie zabrano aż do 10 lutego, tj. do wywozu na Sybir.

Od listopada na bocznicy kolejowej Przemyśl – Bakończyce stał długi zestaw wagonów towarowych i coś w nich robiono, ale nikt nie wiedział, po co są te roboty. Od świąt Bożego Narodzenia 1939 roku masowo wyjeżdżali koloniści niemieccy za rzekę San, czyli tereny zajęte przez Niemców. Już wtedy starsi ludzie zaczęli mówić między sobą, że to zły znak, że coś się wydarzy. Z terenów niemieckich  wyjeżdżali Żydzi do Rosji Sowieckiej.

Atmosfera wśród Polaków była ponura, spodziewano się czegoś bardzo złego. Stało się to w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku, kiedy to przyszedł oficer w otoczeniu dwóch uzbrojonych milicjantów ukraińskich. Obudzili rodziców i zaczęli rewizję, a na koniec padł rozkaz: „Budzić dzieci, ubierać się bo wyjeżdżacie”. Na pytanie „dokąd ?” padła odpowiedź…”za San, tam, skąd przyjechaliście”.

Dom ogarnął płacz i strach zarazem. Przed domem już stał zaprzęg konnych sań, którymi odwieziono nas na stację kolejową w Niżankowicach. Był siarczysty mróz, sypał gęsty śnieg i dął silny wiatr. Nim odjechaliśmy, mamusia uprosiła bolszewika i ten pozwolił zabić kilka kur. Brat Staszek wskoczył do obory i ściął głowy 10 kurom, które wrzucił do worka i z tym opuściliśmy swój ukochany dom. Odjeżdżając, słyszeliśmy pożegnalne wycie psa Reksia. Jadąc przez Miżyniec przed zakrętem do Źrotowic spotkaliśmy jeszcze dwa zaprzęgi sań, jechały nimi rodziny leśniczych, Lipa i Knyżka oraz Śwista. W Źrotowicach zastaliśmy  długą kolumnę sań, na których jechały polskie, skostniałe z zimna rodziny, wśród nich Blicharczykowie, Sojowie, Chomkowie, Bigosowie, Lechowie, Wołczańscy i wielu, wielu innych. Przyjechaliśmy  do Niżankowic, na stacji stał pociąg towarowy, konwojenci kazali schodzić z sań i ładować się do wagonów. Ludzie pchali się jedni na drugich, krzyczeli, że oni już sobie to miejsce zajęli. Nic dziwnego, wszyscy byli ośnieżeni, i zziębnięci, więc starali się jak najprędzej znaleźć się pod dachem i za wiatrem.

Wujek Jurasz też był zabrany razem z nami i na stacji w Niżankowicach, korzystając z tego tumultu, oddalił się na poczekalnię, kupił sobie szklankę herbaty i najbliższym pociągiem pojechał do Przemyśla, gdzie ukrywał się trzy dni, a kiedy przepuszczano ludzi przez granicę na Sanie, udał się na Zasanie i stąd pojechał do Kielc, do rodziny. Przy tym odmroził sobie obydwie  stopy, bo był obuty w półbuciki i cienkie skarpety.

O jego przygodach rozmawiałem z nim osobiście, kiedy uczyłem się w Liceum Pedagogicznym w Kielcach, gdzie od swojej profesorki dowiedziałem się, że on żyje i mieszka w Kielcach i ta Pani zaprowadziła mnie pod sam dom. Był to budynek liceum, który wujek Jurasz budował, był jego dyrektorem i mieszkał w mieszkaniu służbowym.

Ale trzeba wrócić wspomnieniem do 10 lutego 1940 roku. Otóż po załadowaniu się do pociągu w Niżankowicach pociąg ten w nocy odjechał do Przemyśla i zatrzymał się w bezpośrednim sąsiedztwie rosyjskiego pociągu towarowego, który tak długo stał  na Bakończycach, aż wykonano w wagonach prycze. Sowiecki pociąg był obstawiony żołnierzami, a Polacy mieli wygodną przesiadkę, gdyż drzwi pociągu z Niżankowic były naprzeciwko drzwi rosyjskich wagonów. Przesiadka odbyła się szybko i sprawnie. Była to niedziela przed południem, dzień był słoneczny i bardzo mroźny. Po południu nasz pociąg odjechał do Lwowa. Wszyscy w wagonie żegnali rodzinną ziemię i ukochany Przemyśl głośnym płaczem, modlitwą i śpiewem religijnym pieśni do Matki Boskiej i Serca Pana Jezusa. Pod wieczór pociąg wtoczył się na stację we Lwowie i po krótkim postoju ruszył w kierunku południowo – wschodnim. Wagony zaryglowano. Co drugi wagon posiadał na zewnątrz po obu bokach budki dla strażników z bronią, którzy bacznie obserwowali transport, zwłaszcza, gdy zatrzymywał się na stacjach. Południowo – wschodni kierunek jazdy pociągu dawał nadzieję, że wiozą nas do republik nad Morzem Kaspijskim, gdzie być może zimy nie są takie mroźne.

Tymczasem z Kijowa pociąg ruszył w kierunku wschodnim i jechał kilka dni przez puste obszary, niezaludnione. Wreszcie zwolnił, ktoś z wagonu wychylił małe okienko i zapytał strażnika mostu jaka to rzeka ? „”- odpowiedział. Wszyscy już byli pewni, że jedziemy na Syberię. Po kilku dniach jazdy zmienił się krajobraz – pojawiły się góry. Znów ktoś z wagonu zapytał kolejarza, co to za góry ? „” – odpowiedział ruski kolejarz. Teraz już nie było żadnych wątpliwości. Zima siarczysta, niebo czyściutkie, a słońce bardzo czerwone. Po dwóch dniach transport przybył po południu do jakiegoś miasta. To był na prawym brzegu Irtyszu. Przez cały transport przeleciał krzyk: „Dawaj rozgrużywaj !” co znaczy rozładowywać się.

Zbliżał się wieczór, mroźny, niebo bezchmurne, czerwone słońce chyliło się ku zachodowi. Strażnicy zaprowadzili nas do ogromnego budynku (chyba była to cerkiew). Tu każdy usiadł na posadzce, dali nam po szklance „kipiatku”, czyli gorącej wody i po jednym twardym cukierku, aby sobie osłodzić tę wodę w ten sposób, że do ust brało się cukierka i popijało wodą. Tak przesiedzieliśmy całą noc, chwilami drzemiąc. Byliśmy pełni obaw, co nas czeka jutro. Rano obudzili drzemiących, dali po szklance „kipiatku” z cukierkiem i po kawałku razowego chleba. Przed budynkiem, w którym nocowaliśmy, stały dziesiątki samochodów ciężarowych, skrzynie ich były obudowane sklejką. Padł  rozkaz, aby ładować się do tych samochodów. Do naszego zapchano naszą rodzinę (7 osób), rodzinę Lipów (6 osób), rodzinę Krzyżyków (3 osoby) plus wszystkie toboły. Było ciasno, bardzo ciasno. Pogoda się zmieniła, dzień był pochmurny, padał śnieg i dął silny wiatr. Po załadowaniu, kolumna samochodów ruszyła „w period”, naprzód w kierunku północnym. Za miastem w samochodzie było już tak duszno, że brak było powietrza (szczelna obudowa) i siedzący bliżej kabiny kierowcy – żołnierze zaczęli bić w kabinę. Samochód zatrzymał się, otworzono drzwi, następnie zamknięto i ruszyliśmy dalej. Wkrótce cała kolumna zatrzymała się, a z samochodów  wypędzono mężczyzn do pchania samochodów, bo na drodze powstały zaspy. Z takimi to przygodami dojechaliśmy do miejscowości Tara nad Irtyszem, na północ od Omska. Był już wieczór pochmurny, ale mroźny, bo to już Syberia.

Podobnie jak w Omsku zapędzono nas do ogromnego budynku (chyba była to cerkiew). Tu dostaliśmy „kipiatku” z twardym cukierkiem i po kawałku chleba. Wszyscy byli zmęczeni, głodni, zmarznięci i niewyspani. Następnego dnia rano znów taka sama ceremonia, ale nie było już samochodów, natomiast stały dziesiątki jednokonnych zaprzęgów do sań. Polecono nam ładować  się na te sanie. Dzieci i kobiety siedziały otulone pierzynami, natomiast mężczyźni szli pieszo za saniami. Utworzyła się bardzo długa kolumna, a woźniców było tylko 7. Byli to kołchoźnicy. Konie następnych sań były przywiązane do poprzednich i w takim oto łańcuchu przez dwa dni jechaliśmy przez tajgę, rzadko przez jakieś osiedle ludzkie. Niebo wypogodziło się, ale mróz stał się silniejszy, zwłaszcza rano i przed wieczorem. Jadąc tak, oglądaliśmy bacznie krajobraz, drzewostan, a czasem zauważono, jak z dala przyglądają się tej k9olumnie wilki. W czasie tej jazdy najgorsze były zjazdy po brzegu Irtyszu – były to brzegi wysokie i dość strome, tak, że dochodziło do wywrotek, a nawet łamania nóg. W takich przypadkach nieszczęśliwych poszkodowanych pozostawiano w najbliższej miejscowości, a po wyleczeniu przywieziono do baraków. Otóż całą kolumnę podzielono na trzy części. Pierwsza część została przewieziona do baraku nr 22, druga do baraku 164, a trzecia do baraku w tzw. Kuksie. Odległość między tymi barakami dochodziła do 20 km.

Nasza rodzina trafiła do baraku 22. Wraz z nami były tam rodziny  Hańczuk, , Pieczonka, Kazubal, Żurawik (z Hubic), (z Malhowic) i wiele innych, których nazwisk już zapomniałem. Na miejsce przyjechaliśmy pod wieczór, komendant NKWD każdemu , czyli każdej rodzinie, przydzielił jedną pryczę na parterze lub na piętrze. Barak drewniany, wewnątrz bardzo obskurny, a w szparach ścian były siedliska miliardów pluskiew, które w dzień ukrywały się, a w nocy wychodziły na żer. Powierzchnia jednej pryczy wynosiła 4 m2 dla całej rodziny. Mieszkańcy piętra wchodzili po kółkach przymocowanych do słupów. Po ulokowaniu wszystkich kom pendant powiedział: „Tut Polaki zdies wasza żizń i zdies wasza smiert”. Wtedy wyszedł, a w baraku wybuchł głośny i gorzki płacz. Wszyscy się modlili, śpiewali wielkopostne pieśni łącznie z gorzkimi żalami. Bardzo długa podróż w niehigienicznych warunkach spowodowała choroby wskutek przeziębienia. Masowo chorowano na tzw. parch, świerzb i wszawicę. Niemowlęta i małe dzieci dotkliwie odczuwały brak mleka i zimno, co spowodowało, że nastąpiła wysoka umieralność niemowląt, małych dzieci i starów. Grzebano ich ciała w lesie tuż za barakiem.

Obok baraku stał mały budynek, który przeznaczony był na „turmę” czyli areszt, w innym  małym budynku była kuchnia, a jeszcze w innym biuro komendanta z oknami na barak, tak, żeby wszystko mógł widzieć. Był  też budynek – magazyn na piły i siekiery do wycinki drzew. W tym budynku mieszkał stary Tatar, magazynier, który często przychodził do baraku na rozmowy. Polacy opowiadali mu, jak wyglądało ich życie w Polsce, a ci Polacy, którzy byli przed wojną w Stanach Zjednoczonych, opowiadali, jak żyje się w Ameryce. Stary Tatar, po wysłuchaniu tych opowiadan powiedział: „ Wot Polaczkom żyt w Amerykie cło runda, no jeśli ty pożywiosz u nas adin god, ty budiesz gieroj”. Co się tłumaczy: „Ty Polaku, żyć w Ameryce to głupstwo, lecz jeśli ty przeżyjesz u nas jeden rok, to będziesz bohaterem”.

Następnego dnia pobudka, na śniadanie dali zupę (łosza) i pól chleba na rodzinę. Po śniadaniu komendant wszystkich mężczyzn wysłał po piły, siekiery i w las na wycinkę. Warstwa śniegu wynosiła 1,5 metra. Polscy drwale weszli do lasu, pozapadali się w śnieg tak, że pojedynczy człowiek nie mógł się wydostać, ale wspólnym wysiłkiem wydostali się i wrócili do baraku. Za to zostali zamknięci w areszcie, gdzie było niemiłosiernie zimno, więc skakali, krzyczeli, żeby się rozgrzać. Nad ranem ich uwolniono i kazano się przygotować do roboty – wycinka drzew.

Tak mijały dni i tygodnie. Zima zbliżała się ku końcowi, coraz częściej pojawiały się pogłoski, że będziemy wracać do Polski, to 1, to 15 kwietnia, a potem maja, niektórzy widzieli furmanki jadące po nas. Mieszkańcy baraku 22 pakowali swoje manele i siedzieli przed  barakiem, czekając na furmanki, ale nie doczekawszy się, ze smutkiem w4racali na swoje prycze. Kaszuba powiedział do zesłańców: „Ludzie, prędzej nie wrócicie jak z 5 lun 10 lat”. Wszyscy spojrzeli na niego złowrogo i gdyby nie chrześcijańskie sumienie, to chyba by go za te słowa surowo ukarali. Okazało się, że jego słowa stały się prawdą, chociaż sam Kaszuba nie dożył powrotu. W 1943 roku został aresztowany i w więzieniu powiesił się na klamce.

Wreszcie nadeszła wiosna. Koszmar jednak się nie skończył, lecz trwał nadal. Wraz z wiosną pojawiły się olbrzymie chmary komarów, bardzo zjadliwych i dokuczliwych, więc zesłańcy byli atakowani w nocy przez  barakowe pluskwy i wszy, a w dzień przez obrzydliwe komary. Kiedy powietrze stało się wystarczająco ciepłe, ludzie spędzali noce pod gołym niebem, pościeliwszy sobie na ziemi gałęzie sosny, a nie łachy. Przykryli się pierzynami, a wokół dymiły ogniska, aby odstraszyć komary.

Pewnego majowego dnia  pojawiła się w baraku grupa oficerów NKWD i po obejrzeniu baraków oświadczyła, że są potrzebni „płotniki” czyli budowniczowie, stolarze i inni rzemieślnicy. Zgłosiło się wielu mężczyzn i mój tatuś też. Zabrano ich i poprowadzono nie wiadomo gdzie. Po 4 tygodniach jeden z budowniczych przyszedł do naszego baraku i przyniósł wiadomość, że są w miejscowości Szysz. Nazwa ta pochodziła od nazwy rzeki, która w tej miejscowości wpada do Irtyszu. Tam są dwa tartaki, a Polacy budują drewniane domy, w których zamieszkają ludzie mieszkający w barakach. Oczywiście pierwszeństwo miały  rodziny budowniczych. Taki dom posiadał dwie izby o wymiarach 4,5 x 5 m i dwa osobne wejścia oraz mały przedsionek. Wewnątrz budynku była podłoga i sufit z desek ocieplany gliną oraz kuchnia jednopłytowa z trzema otworami przykrytymi żeliwnymi krążkami. Kuchnia i komin były budowane z surowej gliny czyli niewypalonej. W zimie pod kuchnią paliło się dzień i noc, zwłaszcza gdy temperatura w styczniu spadala poniżej – 40 stopni Celsjusza, a w 1942 temperatura w styczniu spadła do – 55 stopni Celsjusza. Na pojedynczych oknach powstała warstwa lodu i śniegu o grubości 1, 5 cm. Wodę do spożycia i prania brało się z rzeki Szysz, ale w zimie najczęściej topiono śnieg, bo lód w rzece był bardzo gruby.

Nasza rodzina wyjechała z baraku nr 22 w pierwszej turze  i zamieszkaliśmy we wschodniej połowie domu, a za ścianą czyli w drugiej izbie mieszkała rodzina Januszów. W sąsiednim budynku naszego mieszkania mieszkała rodzina Ginalskich. Były dwie rodziny Ginalskich – stary Ginalski (6 osób) i jego syn Michał Ginalski z żoną i córką Ludmiłą. Polacy pracowali w tartaku, który produkował podkłady kolejowe. Jedni wyciągali kloce z rzeki, inni je przerzynali na odpowiednią długość, jeszcze inni toczyli kloce do wózka, którym kloc jechał do piły napędzanej siłą lokomobili. Kobiety i dzieci (starsze) owe podkłady korowali ośnikami i cięli ręcznymi piłami już na konkretne długości, a następnie układały w stosy. Tak szybko schły. To była bardzo ciężka praca, bo sam podkład był bardzo ciężki, tym bardziej, że woda z niego kapała. Najcięższe były modrzewie. Pod jesień przypłynął statek, który ciągnął za sobą barki, na które ładowano podkłady. To była praca ponad siły ze względu na ciężar, a kanty podkładów obdzierały  ludziom skórę z ramion. Załadunek trwał dzień i noc, dopóki nie załadowano całości wyprodukowanego towaru. Pracę tą wykonywali mężczyźni, którzy wyczerpani z powodu niedożywienia, z wielkim trudem we dwóch brali jeden podkład. Tartak pracował na trzy zmiany, a budowa domów szła swoją drogą, tak, że do września wybudowano cały „psiołek”, całą wieś łącznie z banią (łaźnia) i szkołą – tak szkołą, do, której uczęszczanie było obowiązkowe. Ja również do niej chodziłem.

Raz w zimie opuściłem jeden dzień, to za karę komendant zabronił mi dać chleb (200 g), więc wieczorem poszedłem do niego i z gorzkim szlochem pokazałem mu swoje nogi, które owinąłem szmatami, bo nie miałem butów. Wzruszyło się skamieniałe  bolszewickie serc3e i dał mi kartkę, aby sprzedawca wydał mi chleb. Szkoła nie istniała długo, może trzy miesiące, bo nauczyciel został zabrany na wojnę i wkrótce zginął i tak zakończyła się edukacja.

Zimę z 1940/41 roku jakoś przeżyliśmy. Wiosna 1941 była tragiczna, bo w górnym swym biegu szybko ruszył, a w rejonie Tobolska trwały jeszcze mrozy i powstał ogromny zator, który spowodował gwałtowną powódź. Rano przygotowywaliśmy się do pracy, ale już nie poszliśmy, bo wszystko zalała woda, zabierając tysiące kloców, podkłady, deski i wszystko, co było do zabrania. Nas zabierano już na łódkę z parapetów okien, a do wieczora wszystkie domy były już całe pod wodą. Runęły kominy (bo z surowej cegły), a nas wywieziono do wsi Jelinka i tam zakwaterowano u jednego kołchoźnika. Innych zawieziono do Nowojagodnej, tam zakwaterowano w budynku cerkiewnym, w którym mieścił się magazyn.

Woda ustępowała bardzo wolno, tak, że wróciliśmy do swych domów we wrześniu. Panował straszny smród, nie było pieców, kominów, podłóg, pował. Wszystko zabrała woda. Do zimy braki zostały uzupełnione, ale sytuacja pogarszała się z każdym dniem, na co ogromny wpływ miały działania wojenne. Niemcy okrążyli Leningrad, byli pod Moskwą. Cała Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia były w rękach Niemców. Na kołchozy założono kontyngenty dla wojsk, trochę na zasiew, a co zostało, dawano kołchoźnikom. Zapanował straszny głód.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, a w domu nie było zupełnie nic do zjedzenia. Ale stało się dziwne wydarzenie, bo oto w tej sytuacji do przedsionka wszedł dość duży pies, który nie zdążył uciec, przed zamknięciem drzwi. Tatuś chwycił tego psa za szyję i po prostu rękami go udusił. Zdjęto skórę i schowano pod podłogę w razie gdyby ktoś szukał, a my mieliśmy na święta smaczne mięso.

Zimą mężczyźni, którzy nie pracowali w tartaku, szli do roboty do lasu. Tam kwaterowali w barakach i wykonywali różne prace. Jedni wycinali sosny i wywozili nad brzeg rzeki Szysz, inni robili tzw. „bałwankę” , czyli z klocków brzozowych ciosali półfabrykaty do karabinów. Te przywożono na posiołek, a młodzież topiła w beczkach smołę, w której maczano oba końce, by nie pękały, a następnie układano w szopie i tam schły do czasu, aż statek przypłynął z barkami i wtedy my ładowaliśmy – ja też. Podobnie postępowano z deskami brzozowymi, z których wyrabiano narty dla wojska.

Na początku zimy 1942  przyszła wiadomość, że tworzy się wojsko polskie, więc z naszego posiołka poszło kilkunastu młodych mężczyzn, między innymi mój brat Stanisław (zmarł w Anglii w Coventry). Na drogę dostał 3 chleby (cegły), które od razu zjedliśmy, a on poszedł z niczym. Do Omska było około 80 km, więc szli, na noc zatrzymywali się w jakiejś wsi, narżnęli i narąbali babom drzewa, a one ich przenocowały i dały co nieco zjeść, i tak szli aż doszli. W Omsku poinformowano ich, że nie ma nijakiego wojska polskiego, chyba, że w Nowosybirsku, więc pojechali tam na gapę. Tu również nikt nic nie wiedział. Gdy byli na jakiejś stacji, kolejarz poinformował ich, że to prawda, jest wojsko polskie i skierował ich do Taszkientu. Tu dowiedzieli się wszystkiego i, tak dostali się do miejsca zakwaterowania wojska polskiego gen. Andersa.

Kiedy odszedł brat, pełnoletnim Polakom wydano tzw. „Paszporty”, które swym wyglądem przypominały pierwsze dowody osobiste wydane w Polsce Ludowej i, wtedy można było przenieść się do innych miejscowości, np. do kołchozu.

Pod koniec marca mój tatuś zabrał do worka narzędzia stolarskie i obaj wyruszyliśmy poszukać pracy gdzieś w kołchozie. Tu muszę zaznaczyć, że marzec jest miesiącem silnych wiatrów powodujących potworne zamiecie śnieżne. Uszliśmy 17 km i zatrzymaliśmy się na noc w wiosce, której nazwy nie pamiętam. Rano tatuś zdecydował, żebym wracał do domu, a on pójdzie dalej. Wtedy stało się okrutne wydarzenie. Ojciec idąc bardzo się zmęczył i przysiadł na worku, aby odpocząć, a śnieżyca była okropna. Ja wróciłem do domu. Gdy tatuś siedział w śniegu, nadjechał kołchoźnik saniami, zabrał go i przywiózł do tej wioski, w której nocowaliśmy. Tu  trzymano go w tzw. „kłubie” – świetlicy, a z dokumentów dowiedzieli się, że to Polak, więc położyli go na sanie i przywieźli tatusia do domu prawie zamarzniętego. Wprawdzie oddychał jeszcze i wydawał głos, ale nie mówił i po kilku minutach zmarł. Pogrzeb odbył się 1 kwietni 1942 roku na cmentarzu w Nowojagodnej. Tatuś  miał wtedy 58 lat i był wycieńczony z głodu i ciężkiej pracy.

Takich wykończonych było mnóstwo, niektórzy przewracali się za silnym podmuchem wiatru, wielu cierpiało na tzw. kurzą  ślepotę.  Objawem tej choroby była utrata wzroku gdy słońce miało się ku zachodowi. Wtedy przydawała się zwierzęca wątroba, którą gotowano i nad garnkiem z gotującą się wątrobą trzymano otwarte oczy, aby para padała na nie. Po kilku takich inhalacjach i zjedzeniu wątroby choroba mijała. Rok 1942 i 1943 były latami największego głodu i największej śmiertelności z powodu głodu i chorób. Opieki lekarskiej żadnej, lekarstw żadnych, tylko to, co ludzie starzy wymyślili, np. sami robili maść na różne strupy, topiono żywicę sosnową z masłem i woskiem (a jak był, to z miodem) i tą maścią smarowano rany.

Druga straszna plaga to wszawica, którą trudno sobie wyobrazić. Wszy odzieżowe w lecie tępiły mrówki leśne. Przychodziło się do mrowiska, rozbierało do naga, a łachy wrzucało do mrowiska, które najpierw rozruszano patykiem. Mrówki wybrały wszy i gnidy, ale ubrania przez długi czas miały ostry zapach octu.

W 1943 roku otrzymałem pracę z rosyjskim rówieśnikiem Smolinem. Mieliśmy do „bani” przywieźć wody, napalić w piecu i nagrzać ją tak, aby ludzie po pracy mogli się wyparzyć i wymyć. My mieliśmy pierwszeństwo. Przed górnymi otworami pieca, którędy wlewano wodę, aby uzyskać parę, wieszaliśmy swoją odzież, a wydobywająca się para, o bardzo wysokiej temperaturze całkowicie spiekała wszy. Łaźnia przestala działać, bo koń, który woził wodę, skończył żywot, więc nie było czym jej wozić. Koń po śmierci został zjedzony przez ludzi, którzy mieli to szczęście dostać jakiś kawałek. Dla mnie odrąbano przednia nogę, którą z trudem przywiozłem do domu po śniegu.

Następną naszą pracą było wypalanie węgla drzewnego na potrzeby kuźni. Otrzymaliśmy od kowala odpowiednią instrukcję, jak się ten węgiel wypala i szło nam to dość dobrze. Ze Smolinem nawet się zaprzyjaźniliśmy. Jego ojciec poszedł na wojnę, a przed pójściem na front był kierownikiem cegielni „kirpicznego zawoda”. Mieliśmy glinę i układaliśmy przeschniętą cegłę na Pólki. Po odejściu Smolina na wojnę w domu została jego żona, córka lat 10 i syn lat 13, ten który ze mną pracował. Od Smolina nie przychodziły żadne wiadomości. Z wojny jednak wrócił i jak się okazało, dostał się do niemieckiej niewoli, skąd uciekł i szedł pieszo lasami. Najgorzej było przejść linię frontu i udowodnić, że jest się sowieckim żołnierzem. Wszystko się udało, wrócił do domu, przywiózł kilkanaście pięknych jabłek – ja też dostałem jedno.

Sytuacja bardzo pogorszyła się w maju 1943  roku, kiedy  wybuchła epidemia tyfusu. W każdym domu leżały prawie całe rodziny, a nie było żadnej pomocy lekarskiej ani lekarstw. Dobrze, że już zazieleniła się pokrzywa, ludzie ją rwali i z tej pokrzywy gotowali zupę.  Do cudu należy zaliczyć fakt, że w trakcie panowania tyfusu nikt nie zmarł, a powoli po 2 – 3 tygodniach chorzy zaczęli wstawać.

W tym czasie mój brat Adam, urodzony w 1925 roku, otrzymał kartę powołania do I Dywizji im. T. Kościuszki. Pojechał, a gdy stawił się przed komisja poborową, został zwolniony, bo nie miał jednego oka (przed wojną koń sąsiada kopnął go i Adam stracił oko). Moim zdaniem można było go zatrudnić w służbie pomocniczej. Wrócił, zyskał tylko mundur i natychmiast miał się zgłosić do pracy, ale on poszedł szukać pracy w kołchozie. Według stalinowskich przepisów dopuścił się przestępstwa i został ukarany osadzeniem w obozie koncentracyjnym w rejonie Tary. Z obozu uciekł i znalazł sobie pracę w charakterze pastucha krów kołchozowych w wiosce zabitej dechami. Tu bardzo się przeziębił, a do tego całkowicie wyczerpany z sił witalnych, zachorował i zmarł w 1944 roku.

W tym samym roku zmarła mamusia, w wieku 52 lat. Wcześniej dostała pracę jako pomoc kuchenna w Znamienne. Tam otrzymała kartę zawiadamiającą przez pocztę, że otrzymała paczkę, ale potrzebny jest paszport, który był u nas, gdyż byliśmy wpisani do tego paszportu jako nieletni i często żądano go od nas, kiedy przydzielano 200 g chleba. Mamusia przyszła po ten paszport, opowiedziała o swojej pracy i mówiła, że ma obietnicę mieszkania to i nas tam zabierze. Odległość Szyszu od Znamienni wynosiła 30 km. Mamusia przenocowała i następnego dnia poszła słaba, głodna i zmęczona. Kiedy przyszła z paszportem i zawiadomieniem na pocztę, powiedziano jej, że „nikakoj posyłki niet” – żadnej przesyłki nie było i nie ma. Mamusia odeszła z płaczem, żalem i bólem serca, a przede wszystkim ciężko chora. Zabrali ją do szpitala i następnego dnia zmarła, pochowano ją bez trumny na cmentarzu w Znamienne. Byłem tam później i pewien Ukrainiec z Polski wszystko mi opowiedział i pokazał miejsce wiecznego spoczynku.

W domu zapanowała straszna rozpacz i beznadziejność. W lecie można było jeszcze jakoś dychać, bo była pokrzywa, lebioda, łąkowa cebula, gniazda wroni srok, a w nich pisklęta i jajka. W rzece można było złowić rybę, w kołchozie ukraść ziemniaków, no i można się było wygrzać, w lesie pełno jagód czarnych i czerwonych brusznic. Najgorsza była zima, bo trzeba było palić dzień i noc, a przede wszystkim kraść drzewo. W zimie robiłem zabawki dla dzieci z drewna, a potem z tymi zabawkami, oboje z Józią szliśmy zmieniać za ziemniaki.

Największe jednak poniżenie godności człowieczej to żebractwo, a chodziliśmy po żebrach. W jednym domu nas okrzyczano, w innym dali jednego ziemniaka, ale dla ratowania życia robi się wszystko.

Gdy jeszcze żyła mamusia, wieczorem jeździło troje sań z workami ze zbożem do tartaku nr 2, tam był również młyn. Obliczyłem sobie, że przez całą noc będą mleć zboże, a wczesnym rankiem będą wracać. Odgłos skrzypiących na śniegu sań było słychać z daleka, przyjechali. Mróz był siarczysty, okna zamarznięte grubo. Furmani poszli do sąsiada Ginalskiego ogrzać się. Wykorzystałem okazję, wziąłem nóż i duży garnek, rozciąłem worek, nabrałem mąki i szybko do domu. Mamusia pytała, czy mnie kto nie widział ? „Nikt” – powiedziałem. Mamusia wysypała mąkę do płachty, a ja powtórzyłem czynność – udało się. Nikt mnie nie widział, więc poszedłem po raz trzeci i zabrałem resztę mąki z workiem, z którego uszyłem sobie później spodnie. Kołchoźnicy odjechali, a u nas nastąpiła uczta i radość, że choć raz się najemy.

Wykonywałem również funkcję przewoźnika łódką robotników tartaku nr 1, którzy po chleb i zupę musieli dostać się na drugi brzeg rzeki, więc ich woziłem biorąc po 12 osób do łódki. Od robotników nie wolno było brać zapłaty w jakiejkolwiek postaci, natomiast od kołchoźników tak – 1 rubla. Pewnego dnia zauważyłem z daleka grupę kobiet Tatarek, wsiadły do łódki, ja mówię – każda 1 rubla, a one mi powiedziały, że zapłacą na drugim brzegu. Ja zacząłem płynąć z powrotem, a te baby powiedziały, że pieniędzy nie mają, ale mają „lepioszki” placki, dałem im czapkę i każda z nich kładła do niej placki. Były różne i różnie solone. Z wielką wdzięcznością je przewiozłem, a po zjedzeniu tych placków piłem wodę z Szyszu, jak krakowski smok z Wisły, myślałem, że  pęknę, ale jakoś przeżyłem. W razie potrzeby pełniłem również funkcję gońca polegającą na roznoszeniu zarządzeń do poszczególnych baraków, gdzie kwaterowały brygady kołchozowe z całym sprzętem, którym wyznaczano określoną normę wycięcia i wywozu drewna. Najczęściej było to tak, że  przylatywało 2 – 3 dygnitarzy z Omska, wydało dyspozycje na piśmie w kopercie zalakowanej, a moim zadaniem było doręczyć natychmiast do określonego baraku, najczęściej do 164. Dano mi konia, który ledwo chodził po łące, wsiadłem na niego i ruszyłem w drogę 21 km. Droga polna wiodła przez zarośla krzewów wierzbowych, a ponieważ miałem krótkie spodnie, kiedy wjechałem w te zarośla, zdawało się, że olbrzymie chmary bąków prędzej zjedzą mnie niż konia, więc zeskakiwałem z tego konia, a sam ogarniając się gałęzią, odbyłem podróż pieszo. Do baraku przychodziłem około północy. Idąc cały czas lasem, wszędzie widziałem dookoła siebie straszne zwierzęta, wilki, niedźwiedzie – oczywiście były to przywidzenia, ale ile przeżyłem strachu, ile się napłakałem, namodliłem. Do baraku wchodziłem blady, przestraszony, a stary koniuch (opiekun koni) pytał: „czto tiebie Malczyk słuszyłoś” – co ci się chłopcze stało ? Oddałem kopertę, położyłem się na pryczy, trochę przespałem i rano z powrotem tą samą drogą, oczywiście boso.

Innym razem, gdy z Józią wracaliśmy z żebrów, idąc brzegiem Irtyszu, wysokim i urwistym, ciągnąc sanki z uproszonymi ziemniakami (może było wiaderko), zauważyliśmy po drugiej stronie rzeki, wychodzące z zarośli jakieś zwierzęta w liczbie 8 sztuk. Ogarnął nas nieopisany strach, że to stado wilków i wnet się skończy nasza męczarnia w strasznych bólach. Usiedliśmy na sankach, przytuliwszy się do siebie, jakby to było nasze ostatnie pożegnanie i cicho płacząc, czekamy co będzie. Zwierzęta, idąc gęsiego w naszą stronę, stawały się w naszych oczach coraz większe. Pocieszaliśmy się tym, że po tym stromym brzegu chyba do nas się nie dostaną. Gdy zwierzęta zbliżyły się na niewielką odległość, zmieniły kierunek i wtedy rozpoznaliśmy, że to było stado łosi. Poczuliśmy się szczęśliwi, najszczęśliwsi na ziemi, że niebezpieczeństwo minęło, a noc mroźna i księżycowa. Ruszyliśmy do domu, w domu było niewiele cieplej niż na polu. Musieliśmy szukać drzewa i szybko zapalić pod kuchnią, aby się trochę ogrzać i napić herbaty ze śniegu.

Późnym latem 1944 roku, nie wiadomo skąd i po co sprowadziło się do nas mnóstwo szczurów, które siedziały pod podłogą, a kiedy zapadał zmrok wyłaziły i zaczynały swoje diabelskie harce. My z Józią, przytuleni na pryczy do siebie, i okryci płachtą, czekaliśmy dnia. Kiedy się rozwidniło, szczury się pochowały, a my myśleliśmy, jak się przed nimi obronić. Postanowiliśmy, że nazbieramy sobie kawałków cegieł, ułożymy sobie na pryczy i kiedy szczury zaczną swoje igraszki będziemy w nie rzucać. Widocznie to poskutkowało, bo po kilku takich nocach z cegłami szczury się wyniosły, zresztą nie miały co jeść.

Jesienią przyjechała do nas Marysia Blecharczyk, aby zabrać  Józię do siebie. Józia poszła z nią na statek, który odpłynął i zakotwiczył przy przeciwnym brzegu. Ja zostałem sam, rozpłakałem się najboleśniej, jak tylko można, bo zdałem sobie sprawę z tego, że w pojedynkę zginę. Poszedłem więc nad Irtysz z płaczem, statek jeszcze stał, a ja z całych sił wołałem „Józia i Józia !” i to Wolanie trwało długo. Wreszcie jakiś marynarz wyszedł na pokład, a następnie ujrzałem jak dwie osoby wsiadły do łódki doczepionej do statku. Tą łódką marynarz przywiózł moją najukochańszą siostrę Józię i razem wróciliśmy do domu, w którym nie było już szczurów. Radość była ogromna i postanowiliśmy, że już więcej się nie rozłączymy.

Druga siostra Zosia, w tym czasie była w baraku 164 i tam pracowała przy wycince drzew. Nadeszła zima, trochę drzewa opałowego zgromadziliśmy w lecie w ten sposób, że chodziliśmy po krzakach, gdzie leżały jeszcze grube sosny zabrane przez powódź. Piłą ucinaliśmy sobie kawałki kloca o długości 1 m, może 1,2 m. Na końcach do środka kloca wbijało się zaostrzone kołki, a na nie pętle z gałęzi wierzbowych i ciągnęło się do domu, jak wał. Takie klocki szybko rąbałem i chowałem na strych, ale na cała zimę tego nie wystarczało.

Na zimę wprowadzono do naszej izby rodzinę rosyjską o nazwisku Bałandajew, tj. matka i dwoje dzieci, Alosza i Kławdia. Matka zarabiała na ziemniaki przędąc wełnę. Alosza ze mną robił zabawki, a późnym wieczorem braliśmy piłę, sanie i szliśmy na tartak kraść drzewo. Stara Bałandajewa w zdenerwowaniu rzucała straszliwymi przekleństwami, wyzywała swoje dzieci od ch…, pi…, itp. Pewnego razu Alosza skrzywdził Józię, zaczęła się bójka, Józia dostala takiej energii, że myślałem, że tego Aloszę zamorduje, ale stara Bałandajewa nie ingerowała. Ja odciągnąłem Józię, a Loszce powiedziałem – ty z Polką nie zaczynaj, bo poniesiesz sromotną klęskę. Tym razem przeżyliśmy zimę, a wiosną Bałandajewa wyprowadziła się.

Zostaliśmy sami. Ja bardzo oparzyłem sobie brzuch, bo spadłem z ławki na czerwono rozgrzany piec żelazny i, rany zagoiły się dopiero w czerwcu. Józia zachorowała na malarię, więc kładłem na obu końcach kuchni cegły, na te cegły deski, podpalałem pod kuchnią, a  Józia leżała na deskach przykryta łachami, aby się ogrzała, bo dostawała silnych dreszczy. Takie dreszcze, prawie jak padaczka, to objawy malarii. Jakoś wyzdrowiała, chyba cudem, bo przecież nie było lekarstw, ani lekarza, nawet nie było chleba.

Chleb był na kartki – pracownik dostawał 400 g., a dziecko 200 g. Nie zawsze był chleb, więc często na kartki chlebowe otrzymywaliśmy na cały miesiąc żyto z kołchozu. Oni przeliczali, ile trzeba mąki na 400 g chleba, ile na tę mąkę trzeba żyta i mnożąc to przez liczbę dni w miesiącu, tyle dostawało się żyta. Co z tym było robić ?  Kto miał młynek do kawy, to żyto suszył na kuchni, następnie mielił w młynku i z tego gotowało się tzw. czyr. Kto miał moździerz, to tłukł ziarno i gotował takie samo danie.

Nastał maj 1945 roku i radosna nowina, że zakończyła się wojna. Dzień był pochmurny, chłodny i siąpiła mżawka. Jedne kobiety szalały z radości, natomiast te, które straciły mężów, synów, głośno płakały. Była taka rodzina o nazwisku Krasnopiercow, z której zginęli na wojnie ojciec i sześciu synów, została matka i dwie córki.  Jedna Marusia, którą mąż porzucił po powrocie z wojny, nazywała się Gusarow. Lato było ładne i ciepłe. To dobrze, bo można było prędzej poszukać coś do jedzenia. Na łąkach rosła tzw. dzika cebula, podobna do naszego szczypiorku, która pojawiała  się wczesną wiosną. Ta cebula rosła wysoko, nawet do 25 cm. Rwaliśmy ją i jedliśmy jak bydło trawę. Nie była piekąca, więc dawało się jeść. Szukaliśmy gniazd dzikich kaczek, gdzie były jajka i jakoś czas płynął.

W czerwcu 1945 roku wszystkie sieroty zabrano do domu dziecka. Pojechaliśmy wszyscy troje, tj. Józia, Zosia i ja. Płynęliśmy stakiem o nazwie „Lenin” w górę Irtyszu do Omska, skąd pieszo ruszyliśmy do domu dziecka, którego adres brzmiał: Dom imienia Omskiego Komsomołu nr 67. Było tu kilka domów drewnianych, a wśród nich jeden dom piętrowy, gdzie mieszkali wychowankowie do osiągnięcia pełnoletniości. Dyrektorem był rosyjski Cygan Bezbargis. W tym domu dziecka ulokowano grupę dzieci polskich w liczbie 78 osób. Niestety, Zosi nie przyjęto do nas, bo była za stara, więc wrócili ją na Szysz, gdzie zmarła w końcu 1945 roku. Mnie i kilka innym kolegom groziło to samo, jednak dzięki pracownikom Związku Patriotów Polskich udało się pozostać dzięki temu, że zrobiono nas młodszymi o0 3 lata, gdyż tak wyglądaliśmy. Pierwszą czynnością było rozebranie się i spalenie zawszonych łachmanów, następnie strzyżenie na łysą pałę, wszystkich bez wyjątku, chłopców i dziewczęta, a potem była kąpiel, czysta odzież i wprowadzenie na salę – do jednej dziewczynki, do drugiej chłopców.

Wychowawcami było małżeństwo Tarkowskich, którzy również mieli w domu dziecka swoich dwoje dzieci. Tarkowscy pochodzili prawdopodobnie z białostockiego. W listopadzie Tarkowscy wyjechali do Polski, a wychowawczynią została bardzo lubiana Pani Bronisława , a pomagała jej Pani Skrzatowa. Tu, w domu dziecka, mieliśmy czystą pościel, a najważniejsze to wyżywienie, chociaż zjadłoby się więcej. Kombinowaliśmy jak mogliśmy. Czworo nas najstarszych rżnęło drzewo do kuchni – trzech rąbało drzewo, a jeden palił pod kotłami, o co kucharki zbiegały, żeby zdążyć z obiadem, jak Rosjanie wrócą ze szkoły. Po obiedzie trzeba było nabrać ziemniaków i zanieść do kuchni na następny dzień. Przy okazji do nogawic spodni nabraliśmy dla siebie. Nieśliśmy skradzione ziemniaki na salę, dawaliśmy dziewczynom, a one gotowały je w piecu ogrzewczym w puszce po marmoladzie i posiliły się. Kradliśmy również kaszę mannę, masło topione, a nasze siostry gotowały sobie w puszkach pożywienie.

7 listopada, w rocznicę Rewolucji Październikowej jedzenie było lepsze i pod dostatkiem, a oprócz tego małe paczuszki z orzeszkami, 2 mandarynki, kilka cukierków i wszystko. Była też zabawa taneczna dla młodzieży rosyjskiej i personelu. Oni chyba dostali alkohol, bo był pijany jak bela. Nadeszły święta Bożego Narodzenia, więc kilkoro z nas zebrało się i chodziliśmy kolędować pod oknami domów, w których mieszkali Polacy. Przyjmowali nas z wielką radością, a wzruszeń i łez nie brakowało. Leśniak 2   Leśniak 3Od stycznia 1946 roku zaczęto po cichu mówić, że wkrótce pojedziemy do Polski. W marcu wyrobiono nam metryki urodzenia, nie pytając nas o datę urodzenia, imiona rodziców i miejsce urodzenia, ale Urząd Stanu Cywilnego w Kirowsku metryki wydał. Następnie rozdano nam odzież, bieliznę, obuwie, sienniki, bieliznę pościelową i czapki z gwiazdką i szpicem na czubku.

Wreszcie, 1 kwietnia po śniadaniu zbiórka i udaliśmy się na stację do Kirowska, skąd podmiejskim pociągiem dojechaliśmy na dworzec główny w Omsku. Dzień był słoneczny, ciepły, śnieg topniał. Na torze stal pociąg towarowy, ale w tym składzie był jeden wagon osobowy. Ten wagon zajęli wychowankowie Domu  Dziecka. W Omsku otrzymaliśmy paczki żywnościowe z (Ameryki).

Rosjanie po wyjściu ze szkoły przyszli nas pożegnać. Każdy z nas dał im cokolwiek z tej paczki. Ja  dałem mydło pachnące i puszkę mleka. Wieczorem, około godziny 18.00 pociąg ruszył w kierunku Uralu. Mijamy , same góry Ural, następnie Ufę, no i im dalej na zachód, żegnamy zimę. Przy torach kolejowych leżą ogromne sterty łusek po pociskach artyleryjskich, czyli tzw. moździerzowe. Pola poorane okopami, transzejami i lejami po bombach lub pociskach artyleryjskich, a między nimi stały wraki czołgów. Widać, że rozgrywała się tu straszna bitwa między wojskami niemieckim i rosyjskimi. Olbrzymie zniszczenia były w miastach i wioskach, np. miasto Orzeł (Orieł) było prawie doszczętnie zniszczone. Zamiast dworca kolejowego stał barak zbudowany z desek, gdzie było biuro dyżurnego ruchu, a w ścianie kran z napisem „kipiatok” – czyli przegotowana woda.

Pociąg dość długo stał na stacji w Orle, a my obserwowaliśmy ogromne kolumny jeńców niemieckich z łopatami na ramieniu, idących do odgruzowywania miast, oczywiście pod nadzorem uzbrojonych sołdatów – żołnierzy rosyjskich. Wreszcie przejechał transport wojskowych na wschód i nasz transport ruszył w kierunku Lwowa.

Zrobiła się ciepła, słoneczna wiosna i na duszy było lżej, a mimo to wpadłem w zamyślenie, jaka Polska i jaki czeka mnie los. Dom rodzinny za granicą, rodzice, rodzeństwo śpią wiecznym snem w tajdze syberyjskiej, brat Staszek na wojnie i nic nie wiadomo co z nim jest. Nic nie wiem o siostrach, Marysi i Kazi. Gdzie tu się zatrzymać, jak urządzić sobie życie, skończyć jakąś szkołę, zdobyć zwód, itd. Te myśli często przychodziły mi do głowy, ale jakoś nie załamały mnie.

Po trzech tygodniach jazdy w Wielką Sobotę przybyliśmy do Lwowa, tu dano nam dużo chleba, cukru i ruszyliśmy do Medyki. Straż graniczna rosyjska, Po sprawdzeniu dokumentów, postanowiła nasz osobowy wagon razem z nami odstawić na boczny tor. Okazało się, że dyrektor Bezbargis, który nas konwojował, został we Lwowie z naszymi dokumentami. W ostatniej chwili przed przekroczeniem granicy przez nasz transport dyrektor przyjechał pociągiem węglowym, rozdano nam dokumenty i szybko przenieśliśmy się do wagony towarowego.

Przekroczyliśmy granicę i pożegnaliśmy z daleka Sowiecki Sojuz, pożegnaliśmy naszych bliskich, którzy spoczywali na tej nieludzkiej ziemi na zawsze. W oczach zakręciły się łzy żalu za bliskimi i radość, że jesteśmy w Polsce. Pociąg wjechał na stację w Przemyślu po południu. Było pochmurno i lekka mgła. Tu nikogo ze znajomych nie spotkaliśmy, siedzieliśmy w wagonie, przez otwarte okna i drzwi oglądaliśmy miasto, którego przecież tak naprawdę żadne z nas nie znało.

Wszystko wydawało się jakieś dziwne, tylko któryś z kolejarzy krzyknął: „ Wyrzućcie te czapki z gwiazdkami i szpicem pośrodku”. Wszyscy to zrobiliśmy. Wieczorem pociąg opuścił Przemyśl, zatrzymał się w Radymnie, gdzie kilka rodzin wysiadło, między innymi Pani Skrzatowa, Dzierża i chyba rodzina Sarnów. Transport jechał dalej. Za Rzeszowem widzieliśmy, jak polnymi drogami ludzie idą na rezurekcję, było słychać głos dzwonów i około 10.00 przyjechaliśmy do Tarnowa. Tu, po sześciu latach, pierwszy raz zjedliśmy ciastka, które do transportu przyniosły siostry zakonne, a następnie przynosiły nam świąteczne przysmaki pojedyncze osoby. Po południu pociąg ruszył do Krakowa i dalej do Katowic. Tu trzeba było wysiadać i przesiadać się na polski pociąg, również towarowy.

Zaznaczyć należy, że przez kilka lat po wojnie z Przemyśla do Katowic i z powrotem kursowały rosyjskie pociągi towarowe. W wagonie dookoła przy ścianach były umocowane ławki, a w kącie  zbity z desek ustęp, a na środku stal okrągły, żelazny piecyk, w którym palono w okresie zimy. Jazda tym wehikułem trwała długo, z Katowic pociąg wyjeżdżał z 4 peronu o 4.00, a do Przemyśla przyjeżdżał około 19.00 wieczorem. W Katowicach siedzieliśmy 3 dni, ponieważ przyjechało bardzo dużo Żydów, którzy nie chcieli jechać na Ziemie Odzyskane, dlatego tak długo trwały przetargi, no i Żydzi wygrali, bo zostali w Katowicach, a my pojechaliśmy dalej do Poznania przez Ostrów Wielkopolski, Jarocin.

W Poznaniu pociąg zatrzymał się na stacji kolejowej i podobnie jak w Tarnowie siostry zakonne przyniosły nam w koszach świąteczne smakołyki. Było już ciepło, słonecznie, a to już ogromne miasto i wydawało się jakieś bogate. Siedzieliśmy w wagonach, ze stołówki – u (Państwowy Urząd Repatriacyjny) dostawaliśmy zupę, chleb i kawę. Trwało to kilka dni. Przychodzili ludzie, aby zabrać kogoś do siebie.

Przyszedł pewien mężczyzna, aby zabrać  Józię i mnie do siebie. Pożegnaliśmy się z koleżankami i kolegami i poszliśmy na dworzec główny. Po drodze chłop się pyta czy umiem robić końmi itd. Wreszcie poszedł kupić kanapki na drogę, a my uradziliśmy, że nie pojedziemy do chłopa, by tam być parobkami. Na to nadszedł milicjant, podsłuchał naszą rozmowę i zapytał skąd jesteśmy – „ Z transportu, i tu jeden pan chce nas zabrać do siebie, a my nie chcemy tam jechać”. Przyszedł ten z kanapkami. Milicjant go obsztorcował, jak tylko potrafił i, kazał natychmiast zaprowadzić nas do transportu, a kanapki samemu sobie zjeść.

Ja postanowiłem sobie, że tak długo będę jeździł w tym wagonie, aż coś z nami zrobią. Wielu naszych kolegów i wiele koleżanek zabrały rodziny, bo ich bracia czy ojcowie byli na wojnie i na ziemiach zachodnich zajęli sobie gospodarstwa i domy. Znaleźli pracę, ale 23 nas zostało i zawieźli nas do Zbąszynia. Tu zakwaterowali nas w blokach kolejowych, a żywiliśmy się w restauracji na stacji kolejowej.

Nastał  miesiąc maj i z okazji 3 Maja była ogromna uroczystość, pochód z orkiestrą, przemówienia, itd. Po tej uroczystości wróciliśmy do swoich mieszkań, kolacja była, ale po kolacji zjadłoby się jeszcze dwie takie kolacje, bo nie mogliśmy się jakoś najeść. Zbyt długo trwała głodówka i była bardzo dotkliwa. Organizm był wyczerpany do granic wytrzymałości i nic nie było w głowie każdego tylko, żeby się do syta nasycić. Szukaliśmy dodatkowego jedzenia i znaleźliśmy kopiec z ziemniakami, jeszcze nienaruszony. Odgrzebaliśmy sobie mały otwór, braliśmy ziemniaki, gotowaliśmy w hełmach niemieckich, po ich uprzednim wyparzeniu, a sól braliśmy z restauracji i uzupełnialiśmy to, czego nam nie starczało w restauracji. Przesiadywaliśmy na stacji kolejowej i oglądaliśmy, jak jechały długie transporty towarowe wiozące ogromne maszyny albo błyszczące nowiutkie różnokolorowe samochody osobowe lub inne rzeczy opakowane wielkimi skrzyniami. Później zrozumiałem, że Rosjanie wywozili z Niemiec  wszystko, co się dało, w ramach reparacji wojennych, na co wyraziły zgodę mocarstwa zachodnie.

Nie wiem skąd przyszła plotka, że Niemcy uciekając, zakopali wartościowe rzeczy w pobliskim lesie, więc chodziliśmy z drutami i poszukiwaliśmy skarbów. Wreszcie w lesie znaleźliśmy baraki, które były we władaniu Rosjan. Poszliśmy do nich, porozmawialiśmy, a żołnierze kazali nam układać towary na pólkach. Za robotę mogliśmy wziąć, co chcemy i ile udźwigniemy. Były tam różne części do motocykli, łańcuchy i inne, były również polewaczki czy konewki do podlewania (nowiutkie). Więc za robotę braliśmy te konewki, ile się dało, siadaliśmy na rowie, no i usiłowaliśmy sprzedać rolnikom wracającym z targu.  Oni jednak chcieli kupić najtaniej, więc ceniliśmy 10 zł za sztukę, a potem 5 zł, tj. tyle co 1 papieros. Handel się nie opłacał, więc przestaliśmy chodzić do składów. Bardzo smakowała nam oranżada, ale nie było pieniędzy. Właściciel kiosku skupował butelki po oranżadzie, podkradaliśmy mu je i nosiliśmy później do niego sprzedać, dawał 5 zł za sztukę. Kiedy się zorientował, że sprzedajemy mu jego butelki, popędził nas i więcej się u niego już nikt nie pokazał. Trzymaliśmy się swojego kopca z ziemniakami i tak się żywiliśmy.

Opiekował się nami  Pan Biedka, imienia nie pamiętam, żyje do dziś w Dobrzyniu. On również był z nami na Sybirze, a jego żona to siostra Pani Ginalskiej, żony Michała stolarza. Oni również byli na Sybirze z córką Ludmiłą, mieszkającą w Przemyślu za browarem, bliżej Ostrowa. Pozostala rodzina Ginalskich – Janek mieszka w Poznaniu, Józia, Zosia i matka mieszkają w Drawsku Pomorskim, a Mietek zmarł już dawno, mieszkał w Warszawie lub Wesołej koło Warszawy.

Pewnego czerwcowego dnia przyjechał jakiś urzędnik do Poznania o oświadczył, żeby się zbierać, jedziemy do sierocińca w Liskowie koło Kalisza, i tam nas zawiózł. Piękny zakład – budynki, ogród, bardzo miłe siostry zakonne, a szczególnie ksiądz kapelan, który swoimi rękami uruchomił kanalizację, bo była zniszczona. Tu rozebrano nas z ruskich ciuchów, kąpiel i ubrano nas w ładne ubrania i bieliznę UNRRA. Wyżywienie było wspaniałe, a w niedzielę po nieszporach siostra przełożona wołała wszystkich i rozdawała amerykańskie puszki. W takiej puszce był krążek  chałwy, czekolady i cukierki – radość była ogromna, a siostra przełożona była najbardziej kochaną istotą pod słońcem i rzeczywiście taka była. W budynku była piękna kaplica, a we wsi duży piękny kościół, duża piękna plebania, dość tęgi proboszcz i szczupły biedny wikary. My do kościoła nie chodziliśmy ponieważ mieliśmy kaplicę. W zakładzie była duża łaźnia (kapelan lal wodę i kąpał nas), była duża kuchnia, duży ogród owocowy i dużo truskawek. Ogrodnictwem opiekowała się siostra niskiego wzrostu, ale puszysta. Nie lubiły jej dzieci, które w nocy moczyły na sienniki. Wyleczyła ich z tego, ale kosztowała ich ta kuracja dużo cierpienia. Otóż przed położeniem się była modlitwa, a po niej było okładanie tych sikawkowych pokrzywą po narządach do sikania. W czasie tego zabiegu był pisk, płacz nie do zniesienia, ale skutek był pozytywny i wszyscy przestali być „strażakami”, a sienniki były odtąd suche. Było nas w Liskowie ponad 300 wychowanków z różnych stron Polski i w różnym wieku, nawet do 25 lat. Najwięcej było młodzieży z Warszawy popowstaniowej. Jedna para zawarła nawet związek małżeński. Jeden chłopczyk, pięcioletni zmarł, najprawdopodobniej z powodu zjedzenia niedojrzałych zielonych owoców. Pogrzeb był wzruszający, płakali wszyscy wychowankowie, siostry i nawet ksiądz kapelan. Ten chłopczyk był bardzo grzeczny i wszyscy go kochali i bardzo chętnie się z nim bawili.

Józia w tym czasie z koleżanką Reginą Bojarzyńską była u jednego inżyniera ogrodnika w Poznaniu – Starołęce i utrzymywaliśmy łączność. Będąc w sierocińcu w Liskowie, myślałem o odnalezieniu siostry Kazi i Marysi.

Pewnego razu siostra przełożona przyniosła atlas geograficzny. Zacząłem przeglądać dokładnie mapę Polski. Odnalazłem Przemyśl, , Tarnów i inne miasta oznaczone większymi lub mniejszymi kółeczkami. Zatrzymałem się na Krośnie. Wiedziałem, że rodzice pochodzili z Odrzykonia, znałem nazwiska i imiona wujków, czyli braci mojej śp. Mamusi, więc napisałem do wujka Stanisława Kusia, a on miał łączność z moimi siostrami. Okazało się, że mój list otrzymał i powiadomił siostry i Marysia odpisała na mój list, a wkrótce potem niespodziewanie przyjechal szwagier Franciszek Drozd – mąż siostry Marysi, aby nas zabrać do siebie.

Pożegnałem cały sierociniec w Liskowie, szczególnie siostrę przełożoną, księdza kapelana i w tym samym dniu pojechaliśmy do Poznania po siostrę Józię, która pracowała u ogrodnika. Tu przenocowaliśmy i rano ruszyliśmy w drogę. Pociąg  był  strasznie przeładowany, ludzie siedzieli na dachach, na stopniach wagonów. Z wielkim trudem udało nam się wsiąść do wagonu i wieczorem przyjechaliśmy do Katowic. Tu mieszkała siostra szwagra, więc u niej przenocowaliśmy, a o godz. 4.00 rano mieliśmy pociąg do Przemyśla. Nadmieniam, że po wojnie brakowało wagonów, lokomotyw, a podróżnych było bardzo dużo, bo ludzie wracali z Niemiec z niewoli, obozow koncentracyjnych, z przymusowych robót, dużo wojska, itd. Z Katowic do Przemyśla jeździły rosyjskie pociągi, a ludzie podróżowali w wagonach towarowych.

Jeżeli dzisiaj pociąg z Katowic do Przemyśla jedzie 6 godzin, to w roku 1946 jazda trwała 14 godzin. Wieczorem przyjechaliśmy do Przemyśla, a potem do wioski Nehrybka oddalonej od Przemyśla 3 kilometry. Dom rodzinny został za granicą w Rosji, bo po wojnie granice Polski zostały przesunięte na zachód, do rzeki Odry, natomiast wschodnie przedwojenne ziemie polskie przeszły do Rosji Radzieckiej. Ludność polską przesiedlono ze wschodu Polski, natomiast Ukraińcy, Białorusini i Litwini zostali przesiedleni do Rosji. W ten sposób szwagier Drozd został przesiedlony ze wsi Miżynień  do wsi Maćkowice.

Wojna wprawdzie się skończyła, ale na wschodnich terenach Polski trwała wojna z bandami UPA (Ukraińska Powstańcza Armia), które chciały na wschodnich terenach Polski utworzyć Państwo Ukraińskie. Wojownicy UPA prowadzili wojnę barbarzyńską, mordowali  ludność cywilną, podpalali zabudowania gospodarskie, więc spalili także gospodarstwo szwagra i ten z konieczności osiedlił się w Nehrebce, gdzie były jeszcze wolne domy po Ukraińcach wysiedlonych do Rosji. Wysiedlanie odbywało się na podstawie umów między rządami Rosji i Polski oraz za zgodą trzech wielkich mocarstw koalicyjnych. Gospodarstwo szwagra to dom drewniany, a wnim była kuchnia i dwie małe izby oraz obora dla krów i koni. W tym domu mieszkało osiem osób, a do tego doszliśmy, siostra Józia i ja, czyli razem było nas 10 osób i tysiące much, które w dzień i w nocy utrudniały życie. Wiedziałem, że tu nie ma dla mnie miejsca i żadnych szans polepszenia swojego życia.

Zgłosiłem się do Urzędu Repatriacyjnego w Przemyślu i opowiedziałem całą sytuację, prosząc o wysłanie mnie do jakiegoś zakładu, abym mógł skończyć szkołę podstawową, a potem wyuczyć się zawodu. Po długich poszukiwaniach dostałem się do zakładu w Łaskach koło Wielenia powiat Czarnków. Tu dyrektorem był Kazimierz Napierała, który otoczył mnie szczególną opieką, dopomógł mi ukończyć szkołę podstawową, a następnie Liceum Ogólnokształcące w Małym Seminarium Misyjnym Księży Werbistów w Górnej Grupie. Miałem ochotę zostać księdzem, ale nie miałem pomocy materialnej, więc wróciłem do Przemyśla i tu przy pomocy materialnej szwagra Drozda dostałem pracę jako nauczyciel pod warunkiem, że ukończę Liceum Pedagogiczne i takie liceum ukończyłem w Kielcach w 1959 roku.

Pierwsza szkoła, w której zacząłem uczyć dzieci, była we wsi Nowe Sady, a po roku przeniosłem się, już z żoną Aleksandrą do szkoły we wsi Darowice; w 1954 roku i w tym samym roku wzięliśmy ślub, 17 lipca 1954. Tu byliśmy szczęśliwi, bo mieliśmy pracę i mieszkanie w jednym budynku. Mieliśmy ogród, a w nim warzywa i owoce. Dostałem od teścia 10 uli z pszczołami, a po urodzeniu córki Bożenki, 8 maja 1954 roku, dostaliśmy krowę, aby mieć swoje mleko. Dużo i ciężko pracowałem, ale to mi dawało zadowolenie i radość życia.

Z czasem zaczęliśmy myśleć o wybudowaniu małego domku, aby było gdzie zamieszkać na starość, tym bardziej, że wtedy były takie przepisy, które pozbawiły nauczyciela mieszkania służbowego i trzeba było gdzieś tego mieszkania  szukać. Więc przy pomocy rodziny i teścia oraz wielkim wysiłkiem własnym udało się zbudować mały dom, w którym obecnie mieszkamy, a z nami mieszka moja najmłodsza córka Jola z mężem Zbyszkiem i małą Urszulą – córką Joli. Córka Bożena mieszka w Zagłębiu w Dąbrowie Górniczej, ma dwie córki i syna, a syn Andrzej w Przemyślu kupił sobie mieszkanie – on ma trzy córki, Milenę, Ewę i Małgorzatę.

W 1979 roku ukończyliśmy oboje z żoną Wyższe Studia Pedagogiczne, a w 1984 roku przeszliśmy na emeryturę. To co napisałem, jest tylko niewielką częścią mojego życia, bardzo radosnego w dzieciństwie i bardzo, bardzo trudnego na Sybirze, gdzie deptano godność człowieczą, gdzie oprócz braku wolności dobijał głód, gdzie 4 – 5 dni nic się nie jadło, gdzie wszy, komary i pluskwy dobijały człowieka. Brak lekarza, brak leków sprzyjał szerzeniu się ciężkich chorób – to były epidemie. Ludzie wycieńczeni, wygłodzeni, przewracali się za podmuchem silniejszego wiatru. Śmiertelność była bardzo wysoka, wymarły niemowlęta, starzy, a takie odżywianie, które opisałem, na pewno hamowało rozwój fizyczny i umysłowy. Do tego wszystkiego należy dodać ogromną tęsknotę za ojczyzną i brak jakichkolwiek znaków, że do niej wrócimy.

Dziś, będąc już człowiekiem starym (72 lata), mogę powiedzieć, że Pan Bóg w jakiś szczególny sposób opiekował się nami – w cudowny sposób udało się wrócić do Polski – kochanej ojczyzny im przy pomocy boskiej oraz dzięki Bożej opiece dożyliśmy sędziwego wieku, wychowaliśmy (myślę, że dobrze) troje dzieci oraz pomagaliśmy wychować siedmioro wnucząt. Żałuję, że nie dożyli powrotu do kraju moi kochani tatuś i mamusia, Zosia i Adaś.

Dziś już zostałem sam z tej dużej i dobrej rodziny. Pozostałych członków naszej rodziny Bóg powołał do siebie i niechaj odpoczywają w pokoju. Nie mam niestety fotografii z Sybiru (bo tam niczego nie było), fotografie uczyniłyby moje wspomnienia ciekawszymi. Na pewno moje wspomnienia mają wiele wad stylistycznych, ale nie jestem pisarzem ani dziennikarzem, dlatego proszę o wybaczenie mi wszystkich niedociągnięć, Ale przyrzekam, że treść jest całkowicie prawdziwa, chociaż być może wielu szczegółów nie uwzględniłem. W każdym razie, dopóki pamięć jest dobra, postanowiłem te wspomnienia spisać dla dzieci i wnuków, którzy teraz nie dowierzają, że to wszystko było prawdziwe. Wybaczam im to, bo oni żyją w zupełnie innym świecie, pełnym techniki, podróży kosmicznych, pobytu człowieka na Księżycu, itp.

Wyrażam wielką wdzięczność wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób pomogli mi wydostać się ze strasznej biedy i beznadziejności. Na pierwszym miejscu wymieniam mojego pierwszego dyrektora zakładu Pana Kazimierza Napierałę i jego żonę Izabelę z Lisowskich. Oni udzielili mi największej pomocy duchowej i materialnej. Wielką wdzięczność wyrażam swoim siostrom, bratu Stanisławowi, Kazi Makowskiej, inspektorowi Tadeuszowi Uchwatowi, a szczególną wdzięczność wyrażam swojej żonie Aleksandrze za jej poświęcenie się dla mnie i za tyle wspólnie przeżytych lat.

 

Franciszek LeśniakLeśniak 5

Archiwum Kresowe Stanisława Karlika, dziękuje Całej Redakcji Zeszytów Odrzykońskich za udostępnienie wspomnień Pana Franciszka Leśniaka !

 

[1]  Wspomnienia zostały spisane w 2000 roku. Franciszek Leśniak zmarł 4 października 2013 roku.

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

2 odpowiedzi Sybir rodziny Leśniaków…

  1. historyk Odpowiedz

    31 grudnia 2014 w 17:44

    Przeczytałem całość są tam wspomniane osoby np . rodzina Kusiów i Karolina Panasiowa to dalekie krewne mego dziadka Jana Franciszka Grzybały z Orzykonia łzy człowiek ma w oczach gdy to się czyta. Dziękuje Panu Stanisławowi że zdecydował się opublikować całość tych wspomnień.

  2. Piotr L Odpowiedz

    18 marca 2016 w 00:45

    Również przeczytałem całość i jak padło nazwisko mojego Pradziadka Wojciecha Lip to szczerze się wzruszyłem. Cieszę się, że Pan Stanisław opublikował swoje wspomnienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *