przegląd prasy
Kłopotliwa Steinbach
Nikt chyba nie nadwerężył bardziej nerwów kanclerz Angeli Merkel niż przewodnicząca Związku Wypędzonych Erika Steinbach
Konflikt między koleżankami partyjnymi pokazuje, jak rozdarta wewnętrznie jest dziś CDU.
Przewodnicząca chwali panią kanclerz. Przychodzą jej do głowy wyłącznie dobre rzeczy: ujmujące usposobienie Merkel, jej umiejętność godzenia ze sobą nawet największych pieniaczy. – Nie mogę się skarżyć na Angelę Merkel, również pod względem osobistym – mówi Steinbach.
Podczas tej długiej chwili w jej biurze sprawia wrażenie oddanej koleżanki partyjnej, której nie chodzi o nic innego, jak tylko o ułatwienie życia niemieckiej kanclerz. Następnie wsiada na swojego konika: zaczyna mówić o Centrum przeciwko Wypędzeniom, uśmiechając się przy tym najsłodszym z uśmiechów spotykanych w berlińskiej dzielnicy rządowej. Posłanka CDU stwierdza wreszcie, że dla niej zawsze było jasne, iż musi być lojalna przede wszystkim wobec swego Związku Wypędzonych.
To właśnie jednio z tych zdań, jakie w ostatnich miesiącach doprowadzają Angelę Merkel do rozpaczy. Żaden inny polityk CDU nie obrzydził jej startu nowego konserwatywno-liberalnego rządu tak bardzo, jak Erika Steinbach. Niemiecka kanclerz chciała wreszcie porządzić sobie spokojnie wraz ze swym wymarzonym partnerem, FDP, jej rodzime ugrupowanie, CDU, miało pokazać się obywatelom jako odświeżona, nowoczesną partią sprawującą władzę. Ale Steinbach zawsze musiała się wmieszać i zniszczyć marzenia Merkel.
Na pierwszy rzut oka wygląda, że chodzi o kwestię, czy Steinach ma prawo zasiadać w Radzie Fundacji "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie". Guido Westerwelle (wicekanclerz, minister spraw zagranicznych i przewodniczący FDP – przyp. Onet) chce za wszelką cenę temu przeszkodzić. Szef CSU Horst Seehofer uważa postawę ministra za bezwstydną. A sama Merkel? Kanclerz od miesięcy nie potrafi znaleźć rozwiązania.
Steinbach nie musi już się o to martwić – ten spór sprawił, że jej znaczenie rośnie. Zdążyła już stać się symbolem, bohaterką tych wszystkich w CDU, którzy Angelę Merkel uważają za zbyt miękką i ustępliwą. Gdy niedawno temu czwórka szefów frakcji CDU z poszczególnych landów wywołała niepokój w partii, oskarżając ją o brak profilu konserwatywnego, jako dowód przytoczono niezdecydowane poparcie przewodniczącej Związku Wypędzonych przez panią kanclerz.(…)
Steinbach to przeciwieństwo Angeli Merkel, niczym substancja kontrastująca uwidocznia wszystko, czego brakuje rządzącej partii: jasnego obrazu wroga, chęci prowokowania, obstawania przy wartościach, uważanych przez ludzi pani kanclerz za przestarzałe i kołtuńskie. W uwielbieniu, jakie niektórzy żywią dla Steinbach, kryje się tęsknota za CDU dnia wczorajszego.
Merkel chce, by jej partia była atrakcyjna dla młodych kobiet, wyborców z dużych miast, ludzi, którym na razie kojarzy się ona z paraliżem i ciepłymi papuciami Helmuta Kohla. W przedpokoju Steinbach stoi krucyfiks i drewniana rzeźba świętego, a kierownikiem jej biura jest oficer rezerwy, czuwający na posterunku w swym starannie zawiązanym krawacie.
Publicznie pani kanclerz nie pozwala sobie ani na jedno złe słowo pod adresem partyjnej koleżanki. Ale gdy nie ma w pobliżu mikrofonów, wcale nie ukrywa swojej irytacji. Z perspektywy Angeli Merkel Fundacja "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie" istnieje jedynie dzięki temu, że to ona tak bardzo zaangażowała się w sprawę jej powstania. To ona przecież uśmierzała wszelkie protesty – najpierw w SPD, potem w sąsiedniej Polsce, gdzie fundacja postrzegana jest jako próba zmieniania historii drugiej wojny światowej.
Dla ludzi Merkel deal ze Związkiem Wypędzonych był jasny i prosty: CDU zadba o to, by w Berlinie powstało miejsce pamięci, a w zamian za to związek zrezygnuje zaś ze swego żądania, by w radzie fundacji zasiadała Erika Steinbach. Przewodnicząca okazała się jednak uparta. Najpierw za nic w świecie nie chciała zrezygnować z planowanej posady, potem postawiła warunki, które Merkel uznała za bezczelne.
Niedawno w rozmowie z jednym ze swoich politycznych towarzyszy pani kanclerz poskarżyła się na przewodniczącą. Ta kobieta jest nieobliczalna i rujnuje jej nerwy. Przyjaciel wyznał później, że jeszcze nigdy nie widział Merkel tak rozgniewanej.
Niemiecka kanclerz coraz częściej dochodzi do wniosku, że pod fasadą idealnej poprawności Steinbach kryje się spora doza hucpy. Szefowa wypędzonych opowiadała na przykład władzom związku, że Merkel zaoferowała jej stanowisko sekretarz stanu, jeśli zgodzi się zrezygnować w zamian z zasiadania w radzie fundacji. Ona, Steinbach, naturalnie odmówiła. Przesłanie było jasne: nie jest kimś, kogo można kupić.
Gdy owa opowieść dotarła do Angeli Merkel, ta nie wierzyła własnym uszom. Dokładnie pamiętała przecież, jak to Erika Steinbach ubiegała się o stanowisko w rządzie, i fakt, że teraz kreuje się na kogoś zdolnego do wszelkich poświęceń w służbie swej organizacji, uznała za bezczelność. Kolejne spotkanie obu pań było więc niezbyt miłe. Merkel żałowała podobno, że złożyła Steinbach ofertę wejścia do rządu – opowiadano potem w CDU.
Już same biografie obu partyjnych koleżanek ukazują sprzeczności w łonie nowej chrześcijańskiej demokracji, jej wahanie się pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Erika Steinbach wstąpiła do tego ugrupowania w 1974 roku. Miała wtedy 31 lat i odrazą napełniali ją szalejący we Frankfurcie anarchiści, którzy podpalali na ulicach samochody. Uznała, że politycy muszą powstrzymać tych młodych awanturników i nauczyć ich rozumu. W osobie Alfreda Dreggera znalazła właściwego człowieka. Dla niej szef heskiej CDU nie był autorytarnym eks-oficerem Wehrmachtu, przedstawicielem minionych czasów, lecz kimś godnym szacunku, kto jest w stanie zaprowadzić porządek. "Był jak skała w czasie pożaru. Właśnie młodzi ludzie szukają takiej centralnej siły" – uznała.
Merkel natomiast znalazła się w partii niemal przypadkiem. Kidy runął mur berliński, przystąpiła, pod koniec 1989 roku, do ruchu obywatelskiego Przełom Demokratyczny, wessanego następnie przez CDU. Ze starszymi panami z tego ugrupowania oraz ich skromnie uśmiechającymi się małżonkami nie mogła wiele zdziałać, lecz gdy po pewnym czasie dostała się do władz partii, wyrzuciła na śmietnik nienowoczesny, familijny wizerunek tej partii niczym niemodną bluzkę z falbankami.
Steinbach nie uważa, by CDU wymagała jakiejś gruntownej modernizacji. Była przeciwna legalizacji związków homoseksualnych, uniemożliwiła wprowadzenie w swojej partii parytetu udziału kobiet, opowiadała się przeciwko liberalizacji ustawy o aborcji. Również na temat rodziny ma swoje własne poglądy: mówi, że gdyby miała dzieci, nigdy nie zajęłaby się polityką. "Stała rozłąka z dziećmi wywołałaby u mnie wyrzuty sumienia" – stwierdziła.
Problem pani kanclerz polega na tym, że w uszach wielu ludzi w CDU takie zdania brzmią bardzo sympatycznie. Nie podoba im się, że partia pod wodzą Merkel wmawia młodym kobietom, jakoby ich miejsce było w biurze. Uwielbiają natomiast klarowność i jasność opinii Steinbach.
"Oczywiście, że jestem konserwatystką" – powiedziała szefowa wypędzonych. Nigdy nie męczyły jej obawy, czy jej wypowiedź nie była dla odbiorcy jak cios obuchem w głowę. Wiele osób doskonale pamięta, jak zarzuciła Polakom, że Hitler posłużył im jedynie jako pretekst do zrealizowania dawno obmyślanego planu wypędzenia Niemców z ich ziem. Kiedy Westerwelle zabronił jej zasiadania w radzie fundacji, stwierdziła, że niemiecki minister próbuje tą "ofiarą" udobruchać polski rząd. Wypowiadane przez nią słowa są ostre jak żyletka. Prawda niekiedy boli – uważa Steinbach.
W jej przypadku przywództwo opiera się na zasadzie prowokacji. Przewodniczy związkowi, w którym część działaczy przez długie lata balansowało na granicy prawicowego ekstremizmu. Za pomocą zdań-żyletek udało jej się okiełznać ekstremistów. To jej niezaprzeczalna zasługa. Ceną za to były jej coraz bardziej bezlitosne wystąpienia. Cieszą one jej organizację, ale za granicą zrodził się wizerunek kobiety, która drugą wojnę światową zredukowała do historii niemieckich cierpień.
W przypadku Merkel przywództwo opiera się na zasadzie milczenia. Brzmi to paradoksalnie, ale od dawna się sprawdza. Kanclerz nie wyznacza swojej partii kierunku, lecz czeka, aż ważni panowie z CDU zmęczą się wzajemnymi kłótniami. W tej chwili Angela Merkel osiągnęła już wszystko. Jest kanclerzem koalicji konserwatystów i liberałów, we własnej partii nie musi się już obawiać nikogo – ale nadal nie pokazuje drogi. Partyjnych kolegów zbija to z tropu.
Zarówno Merkel, jak i Steinbach dotarły już do własnych granic. Zadanie pani kanclerz jest oczywiście trudniejsze, musi ona bowiem mieć stale na uwadze interesy wszystkich obywateli, ale musi też wreszcie powiedzieć, co zamierza zrobić z daną jej władzą. Steinbach natomiast rujnuje reputację swojego związku, bo nie rozumie, że jego zadaniem jest również doprowadzenie do tego, by rany drugiej wojny już się zabliźniły. Nie uda się to jej, jeśli nadal będzie prezentować swoje interesy tak krzykliwie i z takim uporem jak dotychczas.
Pod koniec tego długiego pojedynku zaczyna wyglądać na to, że spór o Fundację "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie" może jednak zaowocować kompromisem. CDU w zamian za rezygnację Steinbach gotowa jest w do ustępstw, takich jak więcej miejsc w radzie fundacji i więcej środków na berlińskie Centrum przeciwko Wypędzeniom. Merkel nie chce jednak dopuścić do tego, by rząd w przyszłości stracił całkowicie prawo kontroli nad fundacją. W tej z kolei sprawie Steinbach jest gotowa do wyrzeczeń.
Wie doskonale, że wielu członków jej związku chciałoby już wreszcie zakończyć te przykre handle. Z drugiej strony nie zamierza zbytni ułatwiać sprawy pani kanclerz.
Już jesienią poprosiła o opinię prawną jedną z kancelarii adwokackich w Bonn. Znalazły się w niej wskazówki, w jaki sposób Związek Wypędzonych mógłby przeforsować przed sądem swoje postulaty. "Jeśli nie będzie innego wyjścia, doprowadzimy tę sprawę do końca" – grozi Erika Steinbach.
Der Spiegel, René Pfister



