przegląd prasy

Życie Warszawy

Rozminuj swoją stolicę

5.02.2010, 14:29:57, Rafał Jabłoński 04-02-2010

Mieszkańcy Warszawy, którzy przeżyli okupację, a szczególnie Powstanie, przeszli niezłą szkołę saperską. Po wojnie, gdy znajdowali amunicję, bez strachu odkładali ją na bok. Tylko dzieci nie można było upilnować...


Drugiego roku niepodległości, 19 października, „Express Wieczorny” informował o znalezieniu na terenie Dworca Głównego dwumetrowej bomby lotniczej, mającej trzy detonatory. „Wobec skomplikowanego systemu zapalników na miejsce wezwano specjalistę ogniomistrza”. Z wiadomości tej wynika, że gdyby był to zwykły pocisk, to robotnicy bez większych problemów usunęliby go. Bo tak się właśnie wtedy działo. Niewybuchy oraz porzuconą amunicję zabierano z terenu budowy i kładziono obok. A gdy zebrała się niezła górka, wzywano saperów, którzy to wszystko zabierali. Dziś byle granat wywołuje strach; ewakuuje się okoliczne budynki, a media podają, że „cudem tylko nie doszło do tragedii”. Widać, że od zakończenia wojny dzieli nas już 65 lat.

Komu pocisk?

Kiedy usunięto pola minowe i rozbrojono wielkie ładunki-pułapki założone przez Niemców, w stolicy pozostały dziesiątki tysięcy innej amunicji. Najczęściej niewybuchów, czyli wystrzelonych pocisków, które upadły na ziemię, ale nie eksplodowały. Były też składy amunicji przygotowanej do wystrzelenia, lecz z różnych powodów niewykorzystanej, a potem porzuconej. 10 maja 1945 roku, a więc dzień po zakończeniu wojny, „Życie Warszawy” doniosło, że przy Podskarbińskiej leżą stosy naboi armatnich.

„Z nastaniem wiosny (...) chłopcy na pobliskich łąkach porozwlekali pociski na wszystkie strony”. Nieco wcześniej, bo 30 marca, nasza gazeta pisała o strasznym wypadku w parku Paderewskiego, gdzie sześciu chłopaków grzebało przy walających się nabojach. Dwóch rozerwało na kawałki, a czterech w stanie ciężkim trafiło do szpitala.

„Życie Warszawy” poinformowało też o eksplozji na terenie należącym do parafii św. Barbary. „Bo nie ma dnia, aby nie zdarzył się spowodowany dziecięcą lekkomyślnością wybuch”.

A jak dziatwa miała nie grzebać, skoro wszystko to leżało na wierzchu? Jako czteroletni dzieciak znalazłem na terenie późniejszych Sadów Żoliborskich granat trzonkowy. Leżał na skraju jakiegoś dołu, prawdopodobnie stanowiska. Pokazałem wujowi, a ten włożył go do wiadra pełnego ziemi, wyniósł pod płot powstających właśnie ogródków działkowych i głęboko zakopał. Do jednego granatu saperzy przyjeżdżali wtedy po tygodniu.

Małe spryciule

Bodajże w roku 1960, podczas jednej z lekcji w żoliborskiej podstawówce, siedzący za mną kolega Bogdan (jeśli to przeczyta, niech się odezwie) zaczął stukać o podłogę workiem na kapcie. – Co tam masz? – spytałem, a on pokazał mi pocisk moździerzowy. Jak się okazało, wystrzelony został podczas Powstania na nadwiślańskie łęgi, a po latach ktoś go znalazł i zaczął smażyć w ognisku. Pocisk był jednak dalej uparty – nie wybuchł. Bogdan odnalazł go i przyniósł do szkoły. Ponieważ z czynu swego był niezwykle zadowolony i groziło nam oglądanie kolejnych znalezisk, zakablowałem go u mojej matki. A ta za telefon. Ojciec sprawcy miał ciężką rękę...

Historia ta zrobiła się głośna wśród znajomych. Starszy brat jednego z kolegów powiedział nam, że przed wielu laty przed naszą szkołą „rozsmarowało” kilkanaście dzieciaków, w co oczywiście nikt nie uwierzył. Teraz wierzę, bo zbierając materiały do tego artykułu, natrafiłem na informację „Expressu Wieczornego” z 15 października 1946 roku. Otóż napisał on, że uczeń Szkoły Podstawowej nr 35 przy Czarnieckiego – dziewięcioletni Andrzej Leśkiewicz – znalazł w pobliskich gruzach granat, położył go koło szkoły i zaczął rozbrajać, ciskając w niego płytą chodnikową. Rozerwało go na miejscu, a w szpitalu zmarło jeszcze dwóch chłopców, czwarty zaś był w stanie „beznadziejnym”. Sześcioro dzieci hospitalizowano, zaś siedmioro lekko rannych po opatrzeniu odwieziono do domów. Kiedy to przeczytałem, przestałem mieć wyrzuty sumienia, że zakablowałem kolegę. Bodziu, wybacz mi, ale...

Jeszcze w latach 60. widywało się na ulicy młodych ludzi bez palców. Będąc w żoliborskim liceum, spotkałem kolegę, który miał twarz jakby po ospie – całą czerwoną i pryszczatą. Na moje pytanie odpowiedział półgębkiem: – Rozkręcanie amunicji bywa szkodliwe dla zdrowia. Okazało się, że na jakiejś budowie znalazł nabój od przeciwlotniczego karabinu maszynowego i ten wybuchł mu w twarz; na szczęście nosił okulary...

Najbardziej traumatyczne przeżycie tamtych lat miałem pod murem Cytadeli, gdzie trzech wojskowych goniło dwóch nastolatków; przebiegli koło mnie. Jeden z młodych miał w ręku niemiecką minę skaczącą. Poślizgnął się, upadł, mina stoczyła się ze skarpy, a on zbiegł, złapał ją i pobiegł dalej. Pewnie była dobrze zabezpieczona.

Tak bawiła się stołeczna młodzież przez kilkanaście lat po wojnie. Nie pomagały pogadanki, zapraszanie do szkoły saperów, a nawet okładki zeszytów, na których drukowano rysunki bomb, min oraz granatów ze stosownymi ostrzeżeniami. Byliśmy mądrzejsi...

Niezbyt zabawne

Nomenklatura stosowana tuż po wojnie była prosta – albo mina, albo granat – bez roztrząsania, co to za pocisk. Stąd i liczba zabitych przez jeden granat wydaje się zbyt duża, ale mogło to być wszystko – nawet stukilowa bomba lotnicza.

W lutym 1947 roku nasza gazeta napisała o wypadku podczas odgruzowywania CIWF, czyli obecnej Akademii Wychowania Fizycznego. Otóż Polacy pracowali tam razem z jeńcami niemieckimi, bo i tacy w tym mieście byli, o czym się potem ze względów propagandowych zapomniało. Skoro „cały naród odbudowywał swoją stolicę”, to co tam robili Niemcy? Ale do rzeczy, otóż jeden z nich „z na wpół zburzonej ściany strącił łopatą minę wraz z gruzem”. I został ciężko ranny. Rzecz w tym, że na gruzach nikt min nie zakładał, ale taki opis bardziej trafiał do wyobraźni czytelników niż precyzyjna analiza wypadku.

Nieszczęścia na budowach zdarzały się dość często. Wielce zagadkowa historia wydarzyła się 29 sierpnia 1947 roku. Przebijano właśnie ulicę Nowomarszałkowską ku północy (potem nazywała się ona Nowotki, a dziś nosi nazwę gen. Andersa). W pobliżu skrzyżowania z Bonifraterską, a więc opodal wjazdu na wiadukt nad torami Dworca Gdańskiego, leżał wrak czołgu, który zaczęto ciąć palnikami, a blachy rzucać na ciężarówkę. Właśnie nadjechały tramwaje linii 15 i 17, obok na przystanku stanął autobus.

Spawacze przerwali pracę i zasiedli do jedzenia. Ktoś krzyknął, że z czołgu się dymi. Rąbnęło tak potężnie, że powstał lej o średnicy 12 metrów. W tramwajach wyleciały wszystkie szyby, podobnie jak w okolicznych, ocalałych z wojny domach. Autobusem rzuciło na wóz techniczny MZK, który stał obok, a miał na pace beczkę z paliwem. Na szczęście nie wybuchła. Z relacji reportera wynika, iż nie było zabitych, ale 25 osób trafiło do szpitala, a siedem na pogotowie. Do dziś nikt nie wie, co to był za czołg. Nie ma relacji, by podczas Powstania zniszczono taki pojazd, zresztą Niemcy zabrali w trakcie ewakuacji niemal wszystkie wraki, bo brakowało im stali szlachetnej. Zaś polscy saperzy w trakcie akcji rozminowania niemal na pewno nie pozostawili wozu z amunicją.

Wszystko wskazuje na to, że była to niemiecka pułapka saperska (podobna wybuchła wcześniej na pl. Inwalidów, zabijając kilku żołnierzy). Wiadomo też, że zakopana ćwierćtonowa niemiecka bomba lotnicza robiła lej o średnicy ośmiu metrów. Jeśli było to 12, jak przy Bonifraterskiej, to pod czołgiem musiano ukryć co najmniej półtonową bombę.

I na koniec – o ile pamiętam, ostatni wypadek podczas prac budowlanych miał miejsce pod koniec lat 60. na pl. Unii Lubelskiej. Jeden z robotników uderzył kilofem w zakopany granat ręczny, który eksplodował, a odłamki go raniły i wybiły szyby w pobliskim domu. Prawdopodobnie był to granat zagubiony podczas nieudanego szturmu na aleję Szucha w pierwszym dniu Powstania.

Rafał Jabłoński 04-02-2010