Lektura na weekend: Spoglądając na Libię

17 lutego 2017

Gdy cały świat de facto milczy w sprawie Libii – KRESY24.PL proponują Państwu reportaż Macieja Marii Jastrzębskiego z tego ogarniętego wojną kraju, znajdującego się tuż za śródziemnomorską miedzą.

Wszystko zaczęło się w niegdysiejszej stolicy Emiratu Cyrenajki – w Benghazi. Współtworzący z Emiratem Trypolitanii oraz Fezzanem istniejące od 1951 do 1969 roku Królestwo Libii, Emirat Cyrenajki znajdował się pod panowaniem Króla Muhammad Idris bin Muhammad al-Mahdi as-Senussi. Młody, oczarowany legendą ojca arabskiego nacjonalizmu Dżamala Abdel Nassera, pułkownik Muammar Kaddafi na fali irytacji żywionej nieudolnością królewskiej administracji, korupcji i niekompetencji dworu, powiódł lud libijski ku przewrotowi. Coup d’état zastał Jego Wysokość w Turcji, nie pozostawiając żadnych nadziei na powrót.






Jego Wysokość, Król Libii As-Sajjid Muhammad Idris al-Mahdi as-Sanusi

Czterdzieści dwa lata później frustracja rozsadziła termometr nastrojów społecznych w mieście niegdyś najlojalniejszym wobec monarszej władzy. Rozgoryczeni korupcją oraz opóźnieniami w budowie osiedli mieszkaniowych, benghazijczycy wyszli na ulice 15 lutego 2011 roku. Iskra rewolty została skrzesana z karabinów maszynowych wojska i policji, które siłą odpowiedziały na protesty obywateli. Eskalacja nastąpiła w zatrważającym tempie. Błyskawicznie przejęto budynek rozgłośni radiowej. Zaczęto nawoływać do przeciwstawienia się reżimowi. Do 20 lutego 2011 siły rządowe zostały wyparte z Benghazi. Protestujący jednoczyli się pod flagą dynastii Senussich, w dłoniach niosąc zdjęcia monarchy zdetronizowanego przez człowieka mającego teraz poczuć ich gorycz oraz konsekwencje igrania z dzierżycielami światowego kapitału. 4 marca około jednej trzeciej kraju terytorium kraju znalazło się pod panowaniem rewolucjonistów. Przez kolejne 17 dni sytuacja niewiele się zmieniła, pomijając skromne kontrofensywy wojsk lojalistycznych. 17 marca NATO podjęło decyzję o utworzeniu strefy niedozwolonego przelotu nad Libią. Już dwa dni później – 19 marca – pierwsze samoloty francuskich sił lotniczych dokonywały lotów zwiadowczych w ramach operacji Harmattan. Włosi nie pozostali w tyle, również wysyłając swoje myśliwce. Około 23 marca większość lojalistycznego lotnictwa została zredukowana do tlących się w piaskach pustyni wraków. Brytyjskie samoloty oraz flota zablokowały kraj. Wojna trwała, jednak po zamrożeniu aktyw na koncie pułkownika Muammara Kadafiego coraz jaśniejszym stawał się finał. Od lutego 2011 po maj roku 2014 w kraju zapanowało pandemonium. Do głosu doszedł waleczny klan Muntasir, za swą siedzibę mający miasto Misrata. Misrata… niepokorna, szalona Misrata. Podczas gdy w Benghazi  szyto w Bogu ducha winne niebo seriami z kałasznikowa, w Misracie trwały zażarte walki, którym akompaniował ostrzał rakietowy prowadzony przez pamiętające sowieckie czasy wyrzutnie typu Grad. Nawałnicę potęgowały bombardowania NATO. Z poziomu ulicy można było mówić o odurzeniu – adrenaliną, niepewnością i… narkotykami. Niegdysiejsi oficerowie Kadafiego, którzy postanowili zmienić strony i przyłączyć się do buntowników, ostro tępili wszelkie spożycie haszyszu mówiąc: „zostawcie ten chłam… Kadafi specjalnie go rozpowszechnia, aby przytępić wasze zmysły”. Młodzi niekoniecznie byli skorzy słuchać, jak relacjonuje Aris Roussinos w „Rebels: My Life Behind Enemy Lines with Warlords, Fanatics and Not-so-Friendly Fire”.






Zdawało się, że krew dyktatora, bestialsko zamordowanego 20 dnia października 2011 roku, będzie wystarczająco cennym okupem za kilka lat pokoju. Jednak po śmierci Kadafiego próżno było wyglądać upragnionej stabilizacji. Tuareska gwardia tworząca kordon bezpieczeństwa wokół Pułkownika, po śmierci swego wodza zawłaszczyła sobie broń oraz sprzęt wojskowy. Gwardzistom bez pana zamarzyło się zostać panami. Ruszyli więc do Mali, aby zagarnąć  ¾ terytorium kraju. Azawad – państwo wyrosłe na gruncie nieroztropnej polityki rządu malijskiego, geograficzno-demograficznego kolażu, ingerencji sąsiadów w wewnętrzną politykę państwową Mali, okazało się tworem efemerycznym, chwiejnym, o przyszłości do dziś niepewnej. Mouvement national de libération de l’Azawad (MNLA) nie mogło skomasować wystarczającego poparcia – czy to przez separatystyczny charakter, czy przez ambiwalentną przeszłość swych działaczy naznaczoną służbą u Kadafiego.

Reputację Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu, jak tłumaczy się nazwę MNLA, skalała początkowa kolaboracja z islamistycznymi grupami takimi jak mającym powiązania z Al-Qaidą w Islamskim Magrebie (AQIM) bojownikami Ansar Din (arab. Towarzysze Wiary). Gdy kontrola państwowa została w północnym Mali skutecznie zlikwidowana, organizacje zaczęły rwać władzę między sobą. MNLA pragnęło państwa sekularnego, przywódca Ansar Din Iyad Ag Ghaly – państwa opartego na szariacie. Niepodległego Azawadu, mimo obwołania Timbuktu stolicą, jak nie ma, tak nie ma.

Libijscy Tuaregowie również nie zaznali wytchnienia. Na południowym zachodzie kraju, na granicy Sahary, żyjące w pokoju od ponad 120 lat plemiona Tuaregów i Toubu, zamieszkujące okolice oazy Ubari oraz granicznego miasteczka Ghat, chwyciły za broń. Delineacja plemiennych wpływów pod nieobecność silnej władzy okazała się koniecznością. Pobliskie tereny Ubari naznaczyło przekleństwo czarnego złota, nic więc dziwnego, że w okresie niepokoju każde z plemion koncentruje się na wyszukaniu najpewniejszego sposobu przetrwania. Taką metodą jest współpraca z koncernami naftowymi, walka o ziemię, zabezpieczanie roponośnych żył.

Niegdyś Tuaregowie spełniali się jako przewodnicy turystyczni. Profesja ta idealnie leżała owym synom pustyni – nomadom, których jedyną znaną granicą był wiecznie umykający horyzont. Po rozognieniu regionalnych politycznych relacji między Algierią, Marokiem oraz Mali wynikłym z wydarzeń libijskiej rewolucji 2011 roku, granice państwowe stały się realną przeszkodą. Wojna wypłoszyła turystów, zaś upadek reżimu Kaddafiego rzucił wielu Tuaregów w szpony bezrobocia. Młodzież, zamiast uczęszczać do szkoły, musiała zmaksymalizować swoje wysiłki, aby zarobić na kuta jaumijja , czyli chleb powszedni. Nie mogąc uczyć się algebry, gramatyki języka arabskiego, historii, chłonne umysły niezmiernie szybko nasączyły się znacznie bardziej użyteczną (w panujących warunkach) wiedzą. Szwindel, szmugiel – jaki narkotyk za ile idzie i gdzie idzie, przez czyje ręce i do kogo; jak rozłożyć i złożyć karabin maszynowy, jakie części są najcenniejsze i komu na nich zależy. Szkoła by ich tego nie nauczyła… a taka wiedza stanowi przecież warunek ich przetrwania.

Byli żołnierze przemycają paliwo, które później likwidują na czarnym rynku. Z powodu trwającego konfliktu ceny paliwa są powalające, mimo że w Ubari wydobywa się naftę. Zasada, że czerpiąc u źródła najmniej odchudzi się portfel wyparowała jak kropla wody na pustyni. A władza? Straż graniczna ma suche baki i zero gotówki, aby zakupić benzynę. Jeśli nawet jakiś przemytnik byłby złapany, to państwa nie stać na utrzymanie go w więzieniu – jedzenia nie ma, co tu dopiero mówić o ubraniach. Łamiący prawo są więc wypuszczani. I tak wąż zjada własny ogon.

Rozkład lokalny, jak to zazwyczaj bywa, jest odbiciem rozkładu regionalnego. Kraj jest rozdarty przez frakcje krwawo wojujące ze sobą o legitymizację władzy. Trzy piąte terytorium Libii kontroluje rząd tobrucki oraz Narodowa Armia Libijska, której strongmenem jest niepozornie wyglądający wąsaty ex-rezydent miejscowości Langley w stanie Wirginia. Historia Chalifa Haftara – oficera pospołu z Kadafim detronizującego Króla Idrysa w 1969 roku – stanowi przykład tego, jak głęboko mogą sięgać korzenie urazy i żalu.

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *